REKLAMAwanda
REKLAMAPamiątki kibica

Piórem po mapie (4): Zyskalismy Chabařovice – o krótkim wywiadzie ze mną i pustej autostradzie dzięki Orłom Nawałki

Speedwayclub Chabařovice (fot. Michał Krupa)

Po dłuższej przerwie zapraszam do historii o kolejnym wyjeździe sezonu 2018. Tym razem udaliśmy się do sąsiadujących z Polską Czech na dwa dni, wizytując półfinał Indywidualnych Mistrzostw Europy Juniorów w Pilznie oraz rundę Indywidualnego Pucharu Czech w Chabařovicach.

Zapewne niewielu Czytelników pamięta reklamę piwa Tyskie sprzed chyba wielu już lat, w której główny bohater (Czech) zaczyna monolog nad smakiem tego złocistego napoju od słów „zyskalismy Budějovice”. Ostatecznie, gdy okazało się, że na stole stoi piwo z Polski, szybko potwierdził, że jego „babička pocházíla z Chrzanowa“. Tak oto właśnie my w czerwcu ubiegłego roku „zdobyliśmy“ żużlowe Chabařovice (wymowa – Chabarzowice) . To miejscowość, położona na północnym zachodzie Czech, bardzo blisko granicy z Niemcami. Zanim jednak w niedzielne południe dotarliśmy w to miejsce, dzień wcześniej odwiedziliśmy Pilzno, gdzie odbywał się jeden z półfinałów IMEJ.

Tym razem w skład ekipy wyjazdowej wchodziło aż trzech żołnierzy żużla z Krosna, a byli to Michał (fotograf, znany z poprzedniej części) oraz bracia – Dawid i Adrian. Wyjazd ten odbył się 23 i 24 czerwca ubiegłego roku, a dla mnie oczywiście priorytetem było odwiedzenie tego drugiego miejsca. Dlaczego? W Pilznie wizytowałem już bowiem nieco ponad dwa lata wcześniej, na półfinale Drużynowych Mistrzostw Świata Juniorów. Gdy jednak skład był chętny na wyjazd dwudniowy, wliczając w to tak niełatwe niekiedy do odwiedzenia Chabařovice, nie trzeba mnie było wcale przekonywać do „zarwania” również soboty. Nieco wcześniej wspomniałem Michałowi, że zaraz po „starcie” spod mojego domu będę chciał odwiedzić na kilka minut jedno miejsce. Ponieważ wyjazd rozpoczynaliśmy wcześnie nad ranem 23 czerwca, tym razem poprosiłem go, aby w pewnym momencie skręcił w prawo. Chwilę później wszyscy wiedzieli, do czego potrzebne było mi te kilka minut. Ponieważ tego dnia wypadał w kalendarzu Dzień Ojca, postanowiłem bezpośrednio na początku wyjazdu, odwiedzić na chwilę swojego Tatę na cmentarzu. Od listopada 2016 roku to niestety jedyne miejsce, gdzie mogę się już z nim „spotkać”, wówczas – wiedząc, że mnie przez weekend nie będzie – zrobiłem to niejako „w trasie”. W poprzednich latach z Tatą nie miałem zbyt „obszernego” kontaktu na temat żużla. Wiedział, że gdzieś jadę, czasami zapytał przed wyjazdem, innym razem po powrocie. Niekiedy przywoziłem mu symboliczne piwo, jak choćby rok wcześniej z mojego pobytu w Australii, oczywiście już od jakiegoś czasu niestety tego robić nie mogę…

Do Pilzna mieliśmy do pokonania jakieś 6 h jazdy, a zawody były zaplanowane na godzinę 15. Trasa, przez fragment Polski oraz bardzo duży odcinek czeski, przebiegała dosyć sprawnie. Gdy dotarliśmy na miejsce postanowiliśmy – po uprzednich ustaleniach – zostawić rzeczy tam, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Tym razem była to sympatyczna miejscówka o nazwie „Penzion u Gigantu”, znajdująca się na ulicy Chvojovej. Z noclegiem było tym razem o tyle łatwo, że dokładnie w tym samym miejscu stacjonowałem z inną ekipą dwa lata wcześniej. Wówczas jednak za całość (2 pokoje z łazienką) przyszło nam zapłacić ok. 200 PLN do podziału, tym razem nieco ponad 300. W cenę wliczone było całkiem smaczne śniadanie. Nieco kłopotów – po uiszczeniu opłaty – mieliśmy z dokładnym zlokalizowaniem naszych pokoi, wszystko było bowiem lekko skomplikowane, przez przeprowadzany właśnie remont. Ostatecznie udało się dotrzeć do pierwszego celu i po szybkim przepakowaniu udaliśmy się na stadion.

Oczywiście obiekt w Pilznie w niczym nie przypomina naszych polskich, którymi tak „szczycimy się” przed światem. Trudno chyba byłoby znaleźć jakiś stadion, który można nazwać zbliżonym warunkami do tamtego. Niemniej jednak mi osobiście w niczym to nie przeszkadza i w takich właśnie miejscach znacznie bardziej można docenić kilka aspektów, dotyczących naszego „czarnego sportu”. Przypomniałem sobie wówczas jednak swoją myśl sprzed dwóch lat, kiedy to zastanawiałem się, kogo i w jakich okolicznościach musiałbym namówić, aby trafić tu ponownie w większej grupie. Nie potrzeba było na mój powrót aż tak wiele czasu, zatem żadnego scenariusza nie mogę na przyszłość tak szybko przekreślać. Przed zawodami oczywiście nie mogłem sobie pozwolić na nieskosztowanie czeskiego piwa (które na pewno nie było już z Polski, jak we wspomnianej reklamie). Na stadionie spotkaliśmy się jeszcze z Doktorem i jego gorzowską ekipą.

Z całych zawodów w sumie zapamiętałem głównie dwie rzeczy. Tydzień wcześniej, gdy w Libercu śledziliśmy zmagania w półfinale Indywidualnych Mistrzostw Świata Juniorów, Doktor dosyć ostentacyjnie cieszył się, gdy Włoch Mattia Lenardzuzzi wyprzedził Daniela Kaczmarka. Sam oczywiście w takich zawodach kibicuję Polakom, za innych jednak odpowiedzialności brać nie mogę. Spotkałem się już kilkukrotnie z sytuacją, w której osoby, kibicujące danej drużynie, otwarcie mówią, że woleliby, aby to np. Brytyjczyk, czy Australijczyk zdobyli tytuł Indywidualnego Mistrza Świata, a nie najlepszy z Polaków w danym sezonie. Czy to popieram? Nie. Czy mogę i chcę tego zabraniać? Również nie. Dlatego w Pilznie, gdy Gleb Czugunow wyprzedzał na dystansie Huberta Czerniawskiego (który już niestety zakończył raczej swoją przygodę z żużlem), uznałem to tylko za drobny „chichot losu”, porównując to w duchu do sytuacji sprzed tygodnia. Nie cieszyłem się z tego jednak wcale. Druga rzecz natomiast miała miejsce chwilę później. Wspomniany już wcześniej Rosjanin zanotował poważny upadek, który – jak się okazało – wykluczył go z jazdy praktycznie do końca sezonu. Do Polski nawet dotarła wówczas informacja o podejrzeniu urazu kręgosłupa u tego młodego zawodnika (sam nie jestem lekarzem, jednak na pewno nie byłbym w stanie tego ocenić na podstawie krzyku poszkodowanego). To tym bardziej dziwne, że chwilę później z wieżyczki sędziowskiej przekazano wieści o prawdopodobnym złamaniu nogi. Turniej eliminacyjny z kompletem punktów zwyciężył ten, o którym wtedy nie mówiło się jeszcze tak głośno, a był to sympatyczny, brytyjski „rudzielec”, Daniel Bewley.

Po dotarciu do Penzionu u Gigantu, zjedliśmy tzw. obiadokolację (posiłek w restauracji, przylegającej do obiektu był de facto bardzo dobry) i udaliśmy się do pokoi. Tam – w lodówce – już wcześniej spoczęły drobne, piwne zakupy, które towarzyszyły nam przez resztę wieczoru. Sporą jego część przegadaliśmy, patrząc jednocześnie jednym okiem na jakiś mecz, rozgrywanych w tym czasie Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Po jakimś czasie Dawid z Adrianem poszli spać, a Michał kontynuował obrabianie swoich zdjęć. Z nim przedyskutowałem jeszcze jakiś czas, a trzeba przyznać, że znając się już dłużej, jest on jedną z tych osób, które są „narażone” na moją rozmowność częściej. Niemniej jednak chyba mu to nie przeszkadzało, a gdy mi oczy zaczęły się w końcu kleić, udałem się do snu, a on jakiś czas później zrobił to samo.

Na poranek w Pilznie plan w zasadzie był tylko jeden – kupić magnesy! Mi aż tak na tej drobnej pamiątce nie zależało, Adrian natomiast miał kilka zamówień i nie miał zamiaru wracać „na tarczy”. Po zaparkowaniu samochodu w okolicach dworca kolejowego, rozpoczęliśmy żmudne poszukiwania. Nie przyniosły one jednak rezultatu, a drogi zawiodły nas w końcu do słynnego pilzneńskiego browaru. Kierując się w jego stronę potwierdziłem, że w tym miejscu jest na pewno sklep z pamiątkami, w którym magnesy kupiłem przed dwoma laty. Psikusem był jednak fakt, że w niedzielę owo miejsce było po prostu zamknięte. Ostatnia próba to ustawienie na nawigacji jakiegoś „centrum informacji turystycznej”, zakończona sukcesem! Kilka minut na światłach awaryjnych i magnesy z Pilzna zostały zakupione. Teraz czekała nas już tylko droga do Chabařovic, a miała ona zająć niewiele ponad dwie godziny.

W sezonie 2018 miejscowy klub obchodził 45-lecie swojej działalności, jednocześnie rok ten był 60., w którym żużlowcy rywalizowali w całym regionie. Stadion wyglądał lepiej niż ten w Pilznie, lecz – co będę pewnie podkreślał jeszcze wielokrotnie – dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia. Co roku organizowana jest tam jedna z rund Indywidualnego Pucharu Czech, będąca jednocześnie memoriałem Jiřího Hurycha. Tym razem był on rozegrany po raz 27., a na liście startowej znalazło się aż 20 zawodników, rywalizujących w 25 biegach. Krótka relacja z tych zawodów znajduje się TUTAJ. Co utkwiło mi bardziej w pamięci z tego pobytu? Oczywiście życzliwość organizatorów, którzy wszędzie uprzejmie nas witają. Choć obiecałem skontaktować się mailowo z kilkoma pytaniami po zawodach, to jednak główna działaczka klubu Jiřina Šifaldová (której syn nomen omen startował w tych zawodach na motocyklu w klasie 250cc), zastrzegła sobie, abym zrobił to w języku czeskim. Pewnie dlatego do tej pory mi się to nie udało. Dodatkowo smak stadionowego piwa, wypitego do stadionowej kiełbasy, był według mnie nieco lepszy niż w Pilznie. „Hitem” okazała się jednak moja krótka pogawędka z miejscowym, sympatycznym spikerem. Na chwilę role jednak się zamieniły, bowiem w jednej z przerw zauważył on, że jako nieliczni dosyć dokładnie wypełnialiśmy programy. Skorygował informacje zawarte w swoim i chwilę później postanowił mnie „przepytać”. Oczywiście dialog ten był prowadzony – jak chyba klasycznie w takich przypadkach – w języku polsko-czeskim (lub na odwrót), zarówno jednak ja rozumiałem jego pytania, jak i on moje odpowiedzi. Z pewnością nieco zdziwił się, że przyjechaliśmy w to miejsce tylko na żużel, bowiem zakładał raczej, że była to część jakiegoś dłuższego urlopu wypoczynkowego (o, który raz już takie zdziwienie?!). I tak chwilę sobie pogawędziliśmy, co słyszał oczywiście cały stadion, a później on udał się w swoją stronę, a my dokończyliśmy oglądanie zawodów. Turniej – po biegu dodatkowym z Michalem Škurlą wygrał wówczas Zdenek Holub. Zdjęcia z dekoracji, ostatnie chwile na obiekcie i pakujemy się do auta na powrót.

Miejscowy spiker, przepytujący mnie na stadionie Speedwayclubu Chabařovice (fot. Michał Krupa).

Najszybsza trasa z Chabařovic do naszych domów prowadzi na Drezno, Zgorzelec i do Polski. Nie planowaliśmy zatem powrotu, pokonując kolejne kilometry czeskiej autostrady, a tej niemieckiej, a następnie polskiej. Krótko po wjechaniu do ojczyzny, zatrzymaliśmy się w Burger Kingu, aby – jak widać czymkolwiek – „naładować baterie” na ostatnią część podróży. W założeniu jednak weekendowa podróż naszą A4 obciążona jest ryzykiem miejscowej wolnej jazdy. Wielokrotnie na niej pod koniec weekendu gromadzą się tłumy aut, zmierzających w obydwu kierunkach. Tym razem było jednak inaczej. Zarówno w stronę wschodnią, jak i zachodnią, na autostradzie „śmigały” tylko pojedyncze samochody, co normalnie można byłoby przyjąć ze sporym zaskoczeniem. Komu mogliśmy podziękować za brak utrudnień na naszej trasie i bardzo szybkie pokonanie odcinka do Wrocławia, a później tego do Katowic i Krakowa? Tym, którzy układali terminarz wspomnianego nieco wcześniej mundialu w Rosji. Na niedzielny wieczór zaplanowano bowiem spotkanie „Orłów Nawałki” z Kolumbią (które po porażce z Senegalem było słynnym „meczem o wszystko”). I gdy wielotysięczne rzesze fanów były właśnie obdzierane po raz kolejny ze złudzeń, oglądając występy Biało-Czerwonych, autostrada świeciła pustkami. W sercach kibiców polskiej piłki nożnej żal i smutek, a u nas radość, że niemal wszyscy, postanowili zgodnie ten mecz obejrzeć w domach, pubach, czy u sąsiada lub kolegi. Oczywiście w swoim stylu ponarzekałem tylko, że można było postawić na Kolumbię, bo był to „pewniaczek z handicapem”, ale największe profity wyciągnęliśmy z szybkiego przejazdu odcinka, który normalnie sprawia problemy czasowe.

W swoim domu wylądowałem jeszcze w niedzielę, choć było już niewiele przed północą, a startowaliśmy dzień wcześniej, ok. 5 nad ranem. Chłopaki pojechali dalej do Krosna, gdzie dotarli za ok. 1,5 h. Chabařovice zostały zatem zdobyte, lecz trudno wyrokować, czy i kiedy pojawię się tam po raz kolejny. W następnej części w końcu dojdzie do wyjazdu „mano a mano” z Doktorem. W historii, dotyczącej naszej podróży w duecie na Wyspy Brytyjskie, pojawi się również tak długo wyczekiwany, wysokoprocentowy alkohol. Niestety w zbyt małej ilości, ale o tym już w kolejnym odcinku.

cdn.

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Piórem po mapie (4): Zyskalismy Chabařovice – o krótkim wywiadzie ze mną i pustej autostradzie dzięki Orłom Nawałki

Piórem po mapie (4): Zyskalismy Chabařovice – o krótkim wywiadzie ze mną i pustej autostradzie dzięki Orłom Nawałki

Piórem po mapie (4): Zyskalismy Chabařovice – o krótkim wywiadzie ze mną i pustej autostradzie dzięki Orłom Nawałki

0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 0.3899 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl