Václav Milík: Nie chcę startować w drużynie, gdzie jest zawodnik pod numerem ósmym

Václav Milík

Václav Milík (fot. Wojta Zavřel)

Mijający powoli sezon ma kilku zwycięzców, którzy rok 2019 zapamiętają na bardzo długo. Bartosz Zmarzlik okazał się najlepszym zawodnikiem globu, Maksym Drabik powtórzył swój sukces z 2017 roku i znów może poszczycić się mianem najszybszego juniora świata a Fogo Unia Leszno trzecie raz z rzędu sięgnęła po złoto na krajowym podwórku. Jest również i pewne grono przegranych do których zalicza się m.in. Václav Milík.

Czech z pewnością nie będzie miał dobrych wspomnień z mijających rozgrywek. Piąty rok startów w Betard Sparcie Wrocław był dla 26-latka niemalże najgorszym od czasów jego przejścia do dolnośląskiego klubu. Milík, legitymując się średnią 1.233 punktu na bieg, zajął odległe, 44 miejsce w klasyfikacji najskuteczniejszych w PGE Ekstralidze. To niewiele lepszy rezultat, niż ten osiągnięty w 2015 roku. Wtedy jednak Czech dopiero co przeszedł z pierwszoligowego ROW-u Rybnik, gdzie był wyróżniającą się postacią, i wszyscy we Wrocławiu wiedzieli, iż Milík potrzebuje trochę czasu, by wskoczyć na odpowiedni pułap. W 2019 roku nikt jednak nie miał już zamiaru czekać na jego przebudzenie i wielokrotnie widywanym obrazkiem był moment, w którym Czech po jednym słabym występie zastępowany był przez zawodników rezerwowych. – Wszystko, co sobie przed sezonem założyłem, zaplanowałem i zapisałem na kartce wylądowało w pewnym momencie w koszu, bo tak naprawdę ja nic po tym roku nie wiem. Nie był to z pewnością udany dla mnie sezon, cieszę się z tego, że zostało jeszcze tylko kilka imprez do odjechania i będzie koniec, bo lepiej chyba już w tym roku nie będzie. Muszę jak najszybciej zapomnieć o tym, co się ostatnio działo. Próbowaliśmy wszystkiego a rezultatu nie dawało to żadnego. Musimy więc teraz usiąść, odpocząć i przeanalizować wszystko tak, by po zimie wrócić mocniejszym.

Mimo słabego rezultatu indywidualnego, Milík mógł wraz z drużyną sięgnąć nawet po złoto Drużynowych Mistrzostw Polski. W finale PGE Ekstraligi wrocławianom jednak przyszło zmierzyć się z prawdziwym hegemonem polskiego podwórka – Fogo Unią Leszno. Niespodzianki żadnej nie było i to podopieczni Piotra Barona mogli cieszyć się z mistrzowskiego hattricka, zaś na szyjach wrocławian zawisły srebrne krążki. Jak zatem rezultat swojej ekipy w sezonie 2019 ocenia nasz rozmówca? – Po finale byłem zadowolony. Srebro? Wydaje mi się, że to super wynik. Przykro mi jedynie, że w tym sezonie nie zdobyłem tylu punktów dla Sparty, ile bym sobie życzył. Są jednak powody do zadowolenia, bo proszę spojrzeć na kontuzje, które nas nie omijały. Pauzował Tai, przez jakiś czas nie było z nami też Maćka Janowskiego a i tak daliśmy radę wywalczyć awans do wielkiego finału. A tam spotkaliśmy Fogo Unię Leszno, która przez cały sezon jeździła na bardzo równym, wysokim poziomie. Wygranym meczem finałowym u siebie udowodnili, że złote medale się im po prostu należały.

Nieubłaganie zbliżamy się do momentu, w którym „bomby transferowe” będą nieodzownymi elementami żużlowych nagłówków. Nie da się ukryć, iż mimo słabszego roku, Milík wciąż może być łakomym kąskiem dla kilku ekip z PGE Ekstraligi, którzy będą próbować „wyrwać” Czecha z wrocławskiego klubu. Jak na sprawę okna transferowego i ewentualną zmianę barw klubowych zapatruje się były, Indywidualny Mistrz Europy Juniorów z 2014 roku? – Wrocław ma pierwszeństwo w rozmowach. Przede mną jeszcze kilka imprez ale później mam zamiar udać się do klubu i będziemy dyskutować o mojej przyszłości. Wiem jedno – chciałbym zostać w PGE Ekstralidze. Nie chcę jednak startować w drużynie, gdzie jest zawodnik pod numerem ósmym. Wiadomo, gdybym jeździł dobrze i równo, to nikt by mnie nie zmieniał w trakcie meczu, jednak przy takim sezonie, jaki mi się zdarzył, kiedy te spotkania w moim wykonaniu nie były najlepsze, to nie potrafiłem skupić się na dobrym wyniku tylko całą uwagę kierowałem na swój pierwszy bieg. Nie jest to zbyt dobra sytuacja i rola, jeśli myśli się o tym, by wystrzelić jak najszybciej spod taśmy i uciec, by nie zostać zmienionym już po jednym wyścigu. To gdzieś w głowie zostaje

Zdarzały się już w historii speedwaya takie przypadki, iż zawodnik z uznanym nazwiskiem postanawiał na sezon, bądź dłużej, zmienić otoczenie i z najlepszej, żużlowej ligi świata, udawaj się na pierwszoligową banicję. Postawa ta zazwyczaj miała pomóc w powrocie do optymalnej formy i realnie myśleć o natychmiastowej możliwości zaprezentowania się przed ekstraligową publicznością. Czy nasz rozmówca zastanawiał się już nad takim właśnie remedium? – Myślę, że się dogadam we Wrocławiu, jednak jeśli nie, to będę szukał klubu w PGE Ekstralidze. Mam świadomość, że jeśli teraz zacznę startować w Nice 1. Lidze Żużlowej, to trudno będzie mi później wrócić o jeden poziom wyżej. Chcę na spokojnie przepracować zimę i z dobrym nastawieniem podejść do następnych rozgrywek. Wiem, że wina nie leży w sprzęcie, bo ten mam świetny i dobrze spasowany. To ja porobiłem mnóstwo błędów, trochę miałem złe nastawienie do speedwaya, brakowało  tego luzu, pozytywnego podejścia. Przed nami jednak zima, po której, mam nadzieję, wrócę mocniejszy, przede wszystkim mentalnie, i wtedy będę mógł robić swoje.

Zawodnik wrocławskiej Sparty był w sezonie 2019 uczestnikiem cyklu Tauron Speedway Euro Championship. Występy Czecha jednak nie były wiele lepsze od tych prezentowanych na polskich torach i z 22 „oczkami” zajął on odległe, jedenaste miejsce. W ostatniej rundzie mistrzowskiego cyklu, która odbywała się na legendarnym Stadionie Śląskim w Chorzowie, Milík zdobył pięć punktów, które w ostatecznym rozrachunku dały mu dwunastą lokatę. W jednym z biegów nasz rozmówca został zahaczony przez Kaia Huckenbecka, w wyniku czego Czech musiał się zaznajomić z nawierzchnią chorzowskiego owalu. Jak zatem po całych zawodach czuł się syn byłego zawodnika klubu z Wrocławia oraz jak oceniłby swój występ na Górnośląskim obiekcie? – Boli mnie noga, jednak bywało już ze mną gorzej (śmiech). Musiałem zmienić motocykl po tym upadku, bo był skasowany. Przez korki, które tworzyły się na granicy czesko – polskiej, nie zdążyłem w piątek potrenować na tym torze, więc miałem w pamięci tylko to, co było w zeszłym roku, jednak przed zawodami słyszałem od innych, że jest całkowicie inna geometria i nawierzchnia. W pierwszym swoim biegu po prostu „strzeliło” i było ok, ale inni jeszcze nie byli dobrze spasowani. Później poczyniliśmy korekty, jednak trochę się podziało na pierwszym łuku, przez co przyjechałem do mety ostatni. No a potem ten wypadek… Na swój ostatni wyścig byłem już wreszcie dobrze spasowany, ten drugi motor był świetnie przygotowany ale poczyniłem za dużo błędów na trasie. Na tym torze „otwieranie” innym krawężnika nie mogło kończyć się dobrze. Jestem zadowolony przede wszystkim z tego, że udało się odjechać całe zawody do końca. Po upadku, gdy leżałem na torze, nie potrafiłem za bardzo ruszać nogą i myślałem, że coś sobie złamałem. Na szczęście nic wielkiego się nie stało a zawody skończyłem cało i zdrowo.

Nie sposób nie było zasięgnąć języka o stan nawierzchni chorzowskiego owalu, który nie dostarczył widzom zbyt wielu wrażeń wynikających z czysto żużlowych wydarzeń. Czech w kilku słowach odniósł się do sprawy toru oraz zaproponował rozwiązanie, które wg niego uatrakcyjniłoby finałowe ściganie w Chorzowie. – Rzadko mamy okazję startować na torach czasowych. Uważam, że gdyby do tej nawierzchni dosypać czegoś „klejącego”, by była taka „guma” a nie tak sypko, to ściganie byłoby o wiele lepsze. Na obchodzie, przed zawodami, czuć było, że tor był bardzo ubity i jak sobie tak kopaliśmy, to spod buta wylatywało mnóstwo materiału, to co dopiero spod deflektora, więc ciągle trzeba było uważać, by nie przyjąć na siebie ciężkiej szprycy. Geometria również niewiele pomagała, tak naprawdę tylko jedna ścieżka była tą optymalną, która „chodziła”. Liczył się w głównej mierze start i niewiele więcej.

Na koniec zapytaliśmy Czecha o jego plany dotyczące przyszłorocznej edycji Tauron Speedway Euro Championship. Jedenaste miejsce w klasyfikacji generalnej nie mogło zagwarantować Milíkowi stałej przepustki do walki o prym w Europie w sezonie 2020, dlatego swojej szansy musi szukać gdzie indziej. – Jeśli nie dostanę stałej, dzikiej karty, to zrobię wszystko, by wrócić do cyklu poprzez turnieje eliminacyjne – zakończył krótko, acz ambitnie, rozmowę z portalem speedwaynews.pl Václav Milík.

źródło: inf. własne


0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 0.5641 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl