REKLAMAeWinner Banner

Speedway, bloody hell – Discovery, czyli ostatnia nadzieja białych

Maciej Janowski i Jason Doyle

Maciej Janowski i Jason Doyle (fot. Jarosław Pabijan)

Żużel się kończy. Ilość zamykanych bądź zawieszanych ośrodków, których stadiony zamieniają się w historyczne skanseny zwiększa się z roku na rok i trudno będzie odwrócić ten haniebny trend. Nadziei speedway powinien upatrywać w najważniejszym elemencie czarno sportowej układanki – kibicach, w szczególności tych najmłodszych.

Jak jednak, w erze wszędobylskich smart fonów, konsol i gier mobilnych, przekonać posiadacza nr PESEL z zerem na przedzie, do zawitania na żużlowy obiekt?

Przerwę pomiędzy jednym sezonem a drugim można spędzić na przynajmniej dwieście sposobów. Tęsknotę za opium w postaci woni spalanego metanolu jedni zagłuszają wakacjami na drugiej części globu, drudzy z uporem godnym lepszej sprawy odwijają na kasetach VHS (z reguły dziadkowie podmiotu wspomnianego we wstępie) najwspanialsze torowe akcje, trzeci robią to samo, co seniorzy, tyle, że oko cieszą spotkaniami wypalonymi już na nośnikach cyfrowych, zaś jeszcze inni robią to samo, co ich poprzednicy, z tą jednak różnicą, iż wszystko mają w zasięgu dłoni. Chyba, że iluś tam calowy smart fon akurat znajduje się w ładowarkowym inkubatorze, wówczas głodny żużlowych retrospekcji delikwent zmuszony jest do udania się do najbliższego prądowej oazy i z tamtej perspektywy podziwiać, dajmy na to, szarżę Joe Screena z pamiętnego spotkania przeciwko gorzowskiej Stali. Do sylwetki brytyjskiego idola o umaszczeniu dojrzałej zebry, tudzież swojskiej krasuli pozwolę sobie jeszcze w dalszej części tekstu wrócić, tymczasem spróbujmy jeszcze określić konkretne substytuty czarnego sportu, dzięki którym zakochani w szlace z trudem, ale jednak, potrafią dotrwać do inauguracyjnej kolejki.

Problem jednak polega na tym, iż, poza wspomnianymi materiałami video, trudno obecnie znaleźć coś, dzięki czemu możemy zająć pochłonięte do granic absurdu żużlem umysły do tego stopnia, by te z tęsknoty nie zaczęły wariować. Dla samych zawodników okres od października do marca to czas na regenerację, wylizanie starych ran, podreperowanie zdrowia, słowem –  wraz z chwilą, gdy za motocyklami zamykają się ciężkie, hangarowe wrota, ich właściciele przeistaczają się w jeden, wielki, chodzący silnik, tylko po to, by udać się na remont kapitalny do wybranego przez siebie tunera w białym kitlu i ze stetoskopem przewieszonym przez szyję. Dla nich odpoczynek od sjenitu jest wręcz wskazany, dla nas, obserwatorów i sympatyków czarnego sportu, półroczny, przymusowy odwyk od speedwaya jest jak drążąca skałę kropla, która co ułamek sekundy uderza w najczulszy punkt naszej kibicowskiej świadomości. Uciekać od owej kropli można na wiele sposobów, jednak żaden z nich nie jest na tyle skuteczny, by w pełni wypełnić pustkę po całotygodniowym oczekiwaniu na spotkanie, wypisywaniem meczowego programu czy otwieraniem czwartej paczki słonecznika prażonego i to pomimo znaczącego faktu, iż zawodnicy ledwo co ustawili się na linii startowej, by zaprezentować swe sylwetki zebranej publiczności. Zatem, jak mawia klasyk sceny politycznej- jak żyć?

Gdy opada kurz i inne, niezbyt szlachetne pyły, po transferowej karuzeli napędzanej w głównej mierze przez media dorównujące poziomem do wspomnianego zanieczyszczenia powietrza, przed tęsknotą można uciec w pełni oddając się publicystyce, dyskusji, polemice, w skrócie – nic nie wnoszącemu pytlowaniu funkcjonującemu na zasadzie „ a zawodnik X miał być w klubie Z, lecz ośrodek Y ma lepsze połączenie z lotniskiem, więc wybrał ich ofertę” bądź „skład zmontowany przez tamtych jest tak słaby, że jak przyjedzie G, to F nie wyjdzie z przysłowiowej trzydziestki”. Umówmy się, tą rozrywką można się pasjonować przez pierwszy kwadrans jej błahej i marnej egzystencji, dalsze, sztuczne utrzymywanie jej przy życiu zahacza powoli o masochizm i inny „izm”, którego wszelka, także ta internetowa kultura, zabrania mi aktualnie użyć. Niestety, z braku laku i być może chęci lub umiejętności, a niewykluczone, iż wszystkiego po trochu, jesteśmy niejako skazani na półroczne przeglądanie nagłówków utrzymywanych właśnie w owej konwencji. Choć trzeba odnotować godny atencji fakt, iż tegoroczna odsłona sezonu ogórkowego i tak jest nieporównywalnie spokojniejsza i ubrana w o wiele bardziej stonowane szaty, niż chociażby jej zeszłoroczna poprzedniczka. Ilość artykułów na przeróżnych stronnicach w stylu „Motor Lublin niepotrzebnie wciskał się do PGE Ekstraligi” swą częstotliwością dorównywał swego czasu alertom smogowym, a trzeba sobie to jasno powiedzieć, iż w kraju nad Wisłą tego typu teksty są publikowane mniej więcej szesnaście razy na dobę. Wracając jednak do speedwaya – jest jedna, dosyć znacząca nisza, której wypełnienie byłoby wydarzeniem przełomowym dla całej dyscypliny. Stawiam orzechy laskowe przeciwko cinkciarzowskim dolarom, iż po dołożeniu tego jednego, brakującego puzzla, żużlowa społeczność  jeszcze się powiększy, zyskując nowych rekrutów gotowych poświęcić swój wolny czas na podziwianie czwórki wariatów na bezhamulcowych pojazdach.

Spory, a naoczni świadkowie twierdzą, że zbyt duży, fragment swego życia poświęcam na notoryczne samookaleczenie nerwów przed telewizorem, trzymając konsolowy kontroler w dłoni. Jak na prawdziwego Polaka przystało, pozycją numer jeden w mojej „growej” hierarchii jest Wiedźmin, do którego sentyment mam porównywalny jedynie z białą skórą Todda Wiltshire’a. Drugie zaś miejsce na liście dzierży w swych wirtualnych dłoniach seria FIFA. To tam udaję, że znam się na piłkarskiej taktyce, to tam doprowadzam swój ulubiony klub do potrójnej korony i to tam również jestem menadżerem, który w internetowych bojach konsekwentnie dostaje w „czajnik”. Przekładając to na żużlową nomenklaturę, bliżej mi niestety do takiego MIR-u Równe z sezonu 2013 niż leszczyńskiej Unii z trzech poprzednich odsłon na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce. Jest jednak coś w tej kanadyjskiej produkcji, co urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Pokrótce opiszę dane zagadnienie, by niewtajemniczeni dokładnie zrozumieli sens całego tekstu. W trybie Ultimate Team, każdy z graczy jest właścicielem klubu, którego drużyna mierzy się z innymi posiadaczami własnych ośrodków. Zbieramy monety za wykonywanie zadań, rozgrywamy spotkania, pojedynkujemy się na wirtualnej murawie, udoskonalamy swój skład, kupując nowych, coraz to lepszych zawodników. Ktoś powie, nic szczególnego, ot, zwykłe prowadzenie klubu. Jest jednak jeden element całej układanki, który sprawia, że całość zyskuje nowego blasku. Ikony. Gdy gracz osiągnie odpowiednio spory budżet, może kupić do drużyny kartę ikony – zawodnika, który przed laty był ważną postacią światowego futbolu. I tak, nierzadkim widokiem jest drużyna, w której obok Lionela Messiego biega jego rodak – Diego Maradona. Ci majętniejsi, jeśli tylko mają taki kaprys, mogą sprowadzić do drużyny Ronaldo – tego portugalskiego, jak i tego brazylijskiego, z charakterystyczną grzywką, która w 2002 roku stała się symbolem mundialowego tryumfu Kraju Kawy. Ktoś ma ochotę zagrać Michaelem Owenem? Proszę bardzo, wystarczy tylko odpowiedni, wirtualny portfel i zdobywca Złotej Piłki (i mojego kibicowskiego serca również) z 2001 roku ląduje w Waszym klubie. W całej grze owych legend jest aż 88, więc są spore szanse na to, iż każdy miłośnik futbolu znajdzie w produkcji studia EA swojego idola.

A teraz proszę sobie to przełożyć na żużlowe realia. A raczej nie przełożyć, bo nie ma czego. W świecie gier komputerowych czarny sport praktycznie nie istnieje. Jego pozycja jest znikoma, iluzoryczna i z pewnością nieoddająca potencjału, jaki w nim drzemie. Są co prawda mobilne produkcje i chwała twórcom za to, że starają się dać nam choć namiastkę wirtualnej rywalizacji, jednak to kropla w morzu potrzeb i zachcianek. Starsze projekty, w których kiedyś można było poprowadzić chociażby Chrisa Harrisa do mistrzowskiego tytułu rażą dziś swą nieporadnością i topornością, która tylko uwypukla margines, na jakim obecnie znajduje się szlaka w świecie gier. Dochodzi jeszcze jeden aspekt, o którym wspomniałem na samym początku tekstu – próba przyciągnięcia nowych wyznawców do żużlowego kościoła. Młodsze pokolenia atakowane są zewsząd różnorakimi produkcjami, które wyrabiają w nich pewne zachowania, nawyki i przyzwyczajenia. W każdej chwili mogą odpalić na komputerze grę, w której wcielają się, np. w łowcę potworów, budowniczego olbrzymich wież czy zostać właścicielem klubu piłkarskiego. Niestety, nie jest im dane wsiąść na żużlowego ogiera.

Oczyma wyobraźni widzę, może nieco utopijny obraz, gdy dwójka żaków z miejscowej podstawówki dywaguje, którą żużlową ikonę wybrać do własnej drużyny. Dyskutują nad tym, czy lepiej do pary z Jarosławem Hampelem dać Tomasza Golloba, czy jednak kogoś pokroju Wojciecha Załuskiego. Czy w zespole znajdzie się miejsce dla Ove Fundina, Hansa Nielsena, Tony’ego Rickardssona czy może jednak zrezygnować z któregoś z nich kosztem Bartosza Zmarzlika bądź Grega Hancocka. Ileż to różnorakich kombinacji mogłaby wywołać taka właśnie uciecha w postaci gry komputerowej. Proszę sobie wyobrazić, ile radości sprawiłby młodemu kibicowi z Rybnika skład, w którym obok Kacpra Woryny startowałby na wirtualnym torze jego dziadek – Antonii (choć sam z oczywistych względów oddałbym wszystkie pieniądze świata za kartę Rafała Szombierskiego). Ileż satysfakcji przyniósłby skład stworzony przez fana z Leszna, który mógłby w składzie umieścić Leigh Adamsa, Romana Jankowskiego czy też, a może przede wszystkim, ikonę, jaką niewątpliwie jest Alfred Smoczyk. Jakież emocje towarzyszyłyby zapaleńcom, którzy z uporem maniaka próbowaliby odtworzyć wyczyn wyżej wymienionego już Joe Screena i objechać w spektakularny sposób jankesa Hamilla i Śwista. Próbowaliby, gdyż na tym polegałoby zadanie, za którego wykonanie otrzymać można fundusze potrzebne na ulepszanie swej ekipy. Gotowe rozwiązania i wzorce już są, żyją i funkcjonują w wirtualnej rzeczywistości. Niestety, owe „gotowce” konsekwentnie są pomijane i ignorowane przez największy deweloperów.

I gdy wydawało mi się, że coś takiego, jak żużlowa gra komputerowa, która nie będzie zbyt „drewniana” w swej konstrukcji, nigdy nie ujrzy światła dziennego, nagle nadeszła wieść, która zsyła iskierkę nadziei. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż światowym cyrkiem, znaczy się, cyklem, od 2022 roku dowodzić będzie amerykański potentat Discovery przy wydatnym wsparciu naszej rodzimej organizacji – One Sport. Nie zagłębiając się zbytnio w krzywdzące stereotypy, napiszę, iż jankesi znani są z tego, iż z dobroci serca zawsze pojawiają się tam, gdzie potrzebna jest pomoc. No i możliwość niewielkiego zarobku. Mimo, że konkretów jeszcze brak, można domniemywać, iż cykl GP zamieni się coś w pokroju F1. Otwartość na nowe destynacje, nowe miejsca, na których jeszcze uzbrojona w laczek żużlowy stopa nigdy nie stała. Wszystko po to, by zwiększyć grono odbiorców, widzów, pasjonatów speedwaya oraz osób, które będą chciały odpowiednio za to zapłacić. Efekt finalny nie będzie z pewnością zadowalający, bez konkretnej oprawy, konkretnych nazwisk, i, co chyba najważniejsze, bez konkretnej reklamy. I w tym upatruję największej nadziei dla wszystkich zgłodniałych żużlowych zmagań na domowej konsoli. Jeśli produkt na wysokim poziomie może znaleźć miłośnik futbolu amerykańskiego, golfa, baseballu czy nawet pracy na roli (tak, jest symulator farmera) to dlaczego tego samego nie uczynić dla społeczności mającej metanol we krwi? Większość wspomnianych wirtualnych dzieł rodem jest zza wielkiej wody. To również każe przewidywać, że nowi właściciele zechcą pójść w tym kierunku i podbić rynek grą, która sprosta oczekiwaniom graczy.

Być może będzie to jedno z najbardziej egoistycznych zakończeń w historii piśmiennictwa, jednak osobiście, zamiast, np. rundy GP w Pekinie czy w innej, równie egzotycznej miejscowości, wolałbym za trzy lata móc zasiąść na wygodnej kanapie i cieszyć oko produkcją, która pozwoliłaby mi uwierzyć, iż ci nieco młodsi kibice zamiast kopać piłkę na wirtualnym boisku, wybiorą prace agrarne na trzecim polu startowym. Chciałbym, aby nowi właściciele wyciągnęli speedway z komputerowego niebytu i dali nam, starszym, argumenty na miarę XXI wieku, by zachęcić latorośl do poznania uniwersum czarnego sportu. Obawiam się, że w tej materii nie będzie czegoś takiego, jak „warning”. Obyśmy zdążyli ujrzeć ekran z napisem „Nowa Gra”, nim światowy speedway, po zbyt późnym pozbyciu się zrzutki, zobaczy neon tworzący złowieszczy wyrok „Game Over”.

źródło: inf. własna

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Speedway, bloody hell – Discovery, czyli ostatnia nadzieja białych

Speedway, bloody hell – Discovery, czyli ostatnia nadzieja białych

Speedway, bloody hell – Discovery, czyli ostatnia nadzieja białych

0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 1.2422 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl