To był bieg (5): Hellraiser na krawędzi w Monachium (wideo)

Serce Romana Matouška przestało bić kilkanaście dni temu. Biło w szybkim rytmie rock’n’rolla niczym puls Philthy „Animala" Taylora, perkusisty Motorhead. Matošuek był równie drapieżnym scenicznym, a raczej torowym zwierzem, który uwielbiał produkować głośne i ostre show - pisze koneser żużla i ekspert portalu speedwaynews.pl, Grzegorz Drozd, w kolejnym odcinku cyklu „To był bieg”.

Życie i karierę Romana Matouška w żaden sposób nie opiszą daty, wyścigi, punkty i sucha statystyka.   Za to w perfekcyjny sposób jego postać opisują słowa zespołu Motorhead w kawałku pt. „Hellraiser”. - Gramy najgłośniejszą i najbardziej ostrą muzę na świecie – mówił w latach 80. Lemmy Kilimster, lider wspomnianej grupy. Roman Matošuek na żużlowej scenie był odpowiednikiem Motorhead, a brytyjscy fani żużla nadali mu przydomek Hellrasier, bo  taki właśnie był czechosłowacki żużlowiec: ostry, nieszablonowy, dziki i namiętny, niczym rock’n’roll.

Hellraiser, czyli zesłaniec piekieł, pochodził z żużlowego miasteczka Slany, które na mapie leży na północny-zachód od Pragi. Od najmłodszych lat z rodzeństwem szalał na wszelkiej maści motorach i szybko trafił do żużla. Miał wszystko co potrzeba by zostać żużlowcem: pasję do motocykli, wielkie jaja i fantazję. Szybko pokazał się z dobrej strony i w 1981 roku awansował do finału młodzieżowych  mistrzostw Europy juniorów. Pięć lat później, z facetem od którego różniło go wszystko, ale łączyła dobra współpraca na torze, odniósł swój największy sukces – wspólnie z Tonym Kasperem zdobyli brąz w mistrzostwach świata par. Kasper był wzorem sportowego idola. Miał idealne maniery, smukłe ciało, świetne rodzinne tradycje, znane nazwisko oraz wyważony i techniczny styl jazdy. Matošuek był zaprzeczeniem tego wszystkiego. Nie miał sławnego ojca i na nazwisko musiał sam zapracować. Był niski, krępy, a na torze był dzikim nerwusem z topornym i szalonym stylem jazdy. W tym szaleństwie była metoda i Quasimodo światowego żużla przebojem wdzierał się na szczyty popularności. Poza torem jego znakiem rozpoznawczym była stylówka na Johna Rambo - długie kręcone włosy do ramion ogarnięte kawałkiem podartej koszulki, z której formułował bandamkę na głowie.

Wychodząc na kolejną scenę
Kolejne miasto, następne miejsce
Czasami nie czuję się dobrze
Nerwy zbytnio się spinają
Nie mów mi, że to jest dla mnie szkodliwe

Czeski żużlowy Rambo na torze był bezkompromisowy i nie zwykł brać jeńców. W 1987 roku po raz pierwszy awansował do finału indywidualnych mistrzostw świata, a także został mistrzem Europy na trawie. Był wtedy bardzo popularny, kibice go uwielbiali, a promotorzy zacierali ręce, bo Roman był gwarantem wpływów ze sprzedażny biletów, bo zawody z Matouškiem nie mogły być nudne. Śladem dostojnego Antoniego Kaspera seniora zadebiutował w zawodowej lidze brytyjskiej, co w tamtych czasach, w przypadku zawodnika ze środkowej Europy, było wręcz nieosiągalne. Roman czerpał z życia garściami: stadion, tor, adrenalina i ekstremalna jazda. W szalonym tempie podroży potrafił i lubił znaleźć czas na wspólne poturniejowe nasiadówki z kibicami. W cywilu również nie zwalniał tempa. Niektóre sprawy – jak żużlowa administracja - wymykały mu się spod kontroli. - Gdy w 1988 roku jechał na swój drugi finał mistrzostw świata do duńskiego Vojens nie miał przy sobie dokumentów i celnicy wstrzymali go na niemiecko-duńskiej granicy. Tam właśnie go spotkałem jadąc sam na zawody – mówi czeski dziennikarz Jan Janu. - Zawróciłem do naszego kraju, skontaktowałem się z krajową federacją i udało się załatwić wszystkie formalności na czas. Do dziś nie wiem, czy gdyby nie moja pomoc, to Roman w ogóle wystąpił by w tym finale – dodaje Janu. Matoušek w Vojens zaliczył swój najlepszy występ w karierze i zajął wysokie 7. miejsce.

Roman Matošuek podróżował przez życie na krawędzi nie tylko na żużlowym torze. Gdy dwa lata temu spotkałem go w Pardubicach na tradycyjnej Zlatej Prilbie nie zmienił się ani trochę. Był żwawy, energiczny, uśmiechnięty i paradował z kuflem piwa w ręce. Nie ukrywał czym się zajmuje. - Reguluję długi na zamówienie – śmiał się szalony Roman.

Żyję na nieskończonej trasie
Dookoła świata dla rock and rolla
Czasem to zdaje się być trudne
Lecz ja nadal nie mam dość
Wmawiam sobie, że tego już za wiele
Lecz wiem, że jestem kłamcą
Czując się świetnie w hałasie i świetle
To jest to co rozpala mój ogień

Wyścig, który przypominamy w naszym cyklu miał miejsce podczas finału IMS 1989 w Monachium. Lobbing ówczesnego szefa światowej federacji wyścigów torowych, Niemca Guntera Sorbera był na tyle skuteczny, że w przeciągu zaledwie sześciu lat, finał dwukrotnie rozegrano w Niemczech. Tym razem zawody rozegrano na olimpijskim obiekcie w Monachium. Po raz drugi w historii finałów zawodnicy ścigali się na jednorazowym czasowym torze. Kilka tygodni wcześniej odbył się kontrolny i towarzyski turniej indywidualny. Mimo tych zabiegów tor – zbudowany za pół miliona marek niemieckich - w dniu finału nie sprzyjał walce. Był długi, wąski, płaski i śliski. W dodatku wewnętrzny krawężnik został ułożony z desek i był nie okrągły lecz kanciasty. W zawodach - zgodnie z oczekiwaniami - rządziła dwójka Duńczyków, która w tamtym czasie zdominowała światowy speedway, czyli Hans Nielsen i Erik Gundersen. Ale najciekawszym wyścigiem wieczoru okazał się ten ostatni, z udziałem Romana Matouška.

W pierwszym podejściu został wykluczony Kelvin Tatum i do powtórki podjechała trójka zawodników. Po słabym starcie Hellraiser został daleko z tyłu i nie zanosiło się, że w tym wyścigu może się jeszcze dziać coś ciekawego. Na drugim okrążeniu ni stąd, ni zowąd Roman postanowił ostro wjechać na krawężnik, to znaczy dosłownie wjechał na wyboiste i kanciate dechy, co w mgnieniu oka zbliżyło go do rywali. Roman poczuł krew i z każdym okrążeniem coraz bardziej w szalony sposób pokonywał wiraże, aż niemal cały motocykl Matouška znajdował się na śliskim parkiecie! Niemiecka publiczność uśpiona chirurgiczną precyzją mistrza świata Hansa Nielsena nagle poderwała się z trybun Olympiastadion i rozległa się wrzawa. Tymczasem Matošuek przeszedł Karla Maiera i jeszcze bardziej zuchwale wjeżdżał na polakierowane deski, aż wreszcie zapolował na prowadzącego Andy Smitha, którego  cisnął  do samej kreski na mecie.  Zobaczcie sami, jak to się skończyło. Zapraszamy!

źródło: inf. własna

ZAŁĄCZNIK DO ARTYKUŁU


0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 0.5929 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl