REKLAMAeWinner Banner

Ułańska szarża (32): Głowologia

Danny Ayres

Danny Ayres (fot. Ian Charles)

Niby nie ma sezonu, a karuzela żużlowa kręci się aż za szybko. Ledwie ochłonęliśmy po debacie na temat tego, czy Bartosz Zmarzlik jest zupą pomidorową i czy jeśli nie podoba się wszystkim, to ma prawo być sportowcem roku, a tu już wyskoczyła historia Maksyma Drabika i jego kroplówki.

Przycichły wywiady z szefem POLADY – żyliśmy nowymi przepisami dotyczącymi tego, kto może być w kadrze, a kto może być w Grand Prix. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim skończyła się saga transferowa braci Curzytków, wyprzedały się bilety na warszawską rundę Grand Prix i pojawiły się wreszcie w sprzedaży te na wrocławską. Dużo się dzieje, a ja mam wrażenie, że w tym ogólnym kociokwiku gubią się sprawy ważne i poważne.

Taką sprawą ważną i poważną jest tragedia, która tym razem dotknęła brytyjski żużel. Kilka dni temu speedwayowy świat obiegła wieść o śmierci Danny’ego Ayresa, gościa, który może nie miał topowych wyników, ale miał charakter i „to coś”, za co kochali go fani. Śmierci tym boleśniejszej, że nagłej i, choć to słowo pozostaje tabu, samobójczej. 

Partnerka żużlowca, Jodie Pledge, znalazła w sobie siłę, by napisać przejmującą wiadomość – do ukochanego, ale też do całego żużlowego świata. Wszystkie jej słowa, wzruszające i autentyczne, można streścić do jednego wniosku: psychika to nie przelewki. Psychika jest ważna. „Danny był wolny od problemów tylko wtedy, gdy jeździł”, napisała Jodie, pokazując tym samym, jak ważna jest pasja… ale że nawet ona nie gwarantuje ratunku. 
Czy tragedii Danny’ego Ayresa dałoby się uniknąć? Nie wiem. To dramat z gatunku tych, którym nie zapobiegnie cała gama środków bezpieczeństwa, jakich nauczył się współczesny żużel. Dmuchana banda, która uratowała niejedno życie, nie da rady uratować wszystkich – nawet na torze, a co dopiero poza nim. To ten przypadek, kiedy trudno mówić o winie hejterów czy presji środowiska. Danny Ayres jeździł, bo kochał żużel, i z tego, co dziś wiemy, wynika, że sport bardziej mu pomógł niż zaszkodził. Czy zabrakło pomocy psychologa? Nie sądzę. Ktoś, czyja partnerka tak otwarcie i z klasą pisze o problemach psychicznych, musiał mieć dość świadomości, by być w dobrych rękach. Ale czasem nawet najlepsze wsparcie środowiska to za mało…

Bolą mnie komentarze, których nauczyłam się na pamięć przy wcześniejszych samobójczych śmierciach, nie tylko sportowców. Że sam sobie jest winien. Że postąpił egoistycznie. Że wybrał „łatwą drogę”. Do licha, nie! Wiecie, ile trzeba mieć w głowie rozpaczy, bezsilności i rezygnacji, żeby targnąć się na własne życie? To jest krzyk dramatu człowieka, który nie widzi już innego wyjścia, bo nie rozważa się samobójstwa jako jednej z dostępnych opcji. Nie wiem, co działo się w głowie Danny’ego, który nie był w stanie poradzić sobie ze swoimi problemami mimo zewnętrznego wsparcia i pasji będącej dla niego z pewnością „wywietrznikiem”. Wiem tylko, że to musiało być coś strasznego i przytłaczającego.

Na krajowym podwórku też mieliśmy takie dramaty. Niekiedy z żużlem tylko w tle, niekiedy, niestety, na pierwszym planie. W dobie internetu łatwo jest postawić wirtualną świeczkę, uronić łzę emotikona, napisać „spoczywać w pokoju”. Trudniejsze i bardziej wymagające wydaje się przemyślenie. Wnioski takie jak te, na które odważyła się Jodie Pledge: „jeżeli czujecie, że nie dajecie sobie rady, porozmawiajcie z kimś o tym. Z kimkolwiek”. Ale wiecie co? W dobie internetu łatwiej też znaleźć takiego kogoś, z kim można porozmawiać, albo zdać sobie sprawę, że wasz czy cudzy organizm już nie daje rady.

Jesteśmy żużlową rodziną. Danny Ayres był jej częścią, tak jak byli nią dawniej Rafał Kurmański, Łukasz Romanek czy Tomasz Jędrzejak. Oni wszyscy odeszli za wcześnie, zbyt dramatycznie, i nigdy nie dowiemy się, dlaczego tak naprawdę. Ale jedno jest pewne: niezależnie od tego, czy opieka nad ich psychiką byłaby w stanie im pomóc, lepiej byłoby spróbować niż nie. I tak samo lepiej dbać o głowy nowych żużlowców, i tych trochę starszych też. O psychologii w żużlu mówi się już więcej niż jeszcze kilka lat temu, w końcu świat idzie naprzód, ale to wciąż za mało. Pamiętacie, jak całkiem niedawno Maciej Janowski wyjaśniał, że on psychologa nie potrzebuje, bo ma zwierzęta? Zwierzęta są super, jasne, ale psychologa nie zastąpią. Ani psychoterapeuty, kiedy potrzebna jest pomoc, ani psychologa sportowego, kiedy sportowiec chce się nauczyć, jak być skuteczniejszym. Korzystanie z usług takiej osoby to nie wstyd, tylko przejaw profesjonalizmu w czasach profesjonalizacji sportu. Topowi przedstawiciele różnych dyscyplin na stałe współpracują z ekspertami od treningu mentalnego. A jeśli taki ekspert jest dodatkowo psychologiem, to tym lepiej, bo oprócz tego, że pomoże zaprząc głowę do współpracy z ciałem na drodze do sukcesu, dodatkowo zauważy pierwsze niepokojące sygnały i skieruje na czas do specjalisty. To oczywiście nie zawsze pomoże i nie każdego uratuje – ale przynajmniej zwiększy szanse.

W tym kontekście nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej historii, dużo mniej dramatycznej, ale napawającej obawą. Z żużlowego świata wycofał się w ostatnim czasie (tymczasowo? Trwale?) Rafał Karczmarz. Zdolny chłopak z Gorzowa, sroce spod ogona nie wypadł, a wyniki w sezonie 2019 miał naprawdę dobrze rokujące. A potem zaczął przebąkiwać o zakończeniu kariery z powodu psychicznej blokady. I jasne, to jest bardzo mądre, dojrzałe podejście, że człowiek nie brnie w traumatyzujące go wydarzenia, tylko daje sobie dystans. Ale przy tym trudno przejść obok tej ogólnej obojętności na wyraźny sygnał, że coś jest nie w porządku. Obok komentarzy, że chłopak dobrze zrobił, że kończy z żużlem, skoro psychika nie ta. Bez próby zrozumienia. Bez szukania przyczyny. Martwi cała sytuacja tym bardziej, że akurat w Stali Gorzów instytucja psychologa sportowego ma się dobrze. Nie wiem, co zawiodło, ale niezależnie od tego, czy Rafał Karczmarz swoją przygodę ze speedwayem będzie kontynuować, czy nie, mam nadzieję, że ktoś o niego zadba. Że znajdzie pomoc, na którą zasługuje.

Droga żużlowa rodzino, dbajżeż o swoją psychikę. Naprawdę nie chcemy więcej tragedii. Chcemy zdrowych, silnych i szczęśliwych zawodników. Chcemy spokojnych i pewnych siebie trenerów. Chcemy kibiców, którzy nie uciekają w świat żużla przed demonami w swoich głowach, tylko po prostu potrzebują dodatkowego zastrzyku adrenaliny.

źródło: inf. własna

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Ułańska szarża (32): Głowologia

Ułańska szarża (32): Głowologia

Ułańska szarża (32): Głowologia

Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News

Obserwuj nas!

0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 0.9252 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl