REKLAMAeWinner Banner

To był bieg (10): Gorący wieczór na Monmore Green, czyli Greg Hancock powiedział „pas” (cz. 1)

Sam Ermolenko (cz), Charles Ermolenko (n), Greg Hancock (b), Alan Grahame (ż)

Sam Ermolenko (cz), Charles Ermolenko (n), Greg Hancock (b), Alan Grahame (ż)

To był gorący wieczór na Monmore. Naprzeciw siebie stanęły dwie ekipy z czuba tabeli, które pomiędzy sobą miały rozstrzygnąć losy tytułu w British League. Stadion wypełnił się po brzegi, a napięcie urosło do tego stopnia, że w powietrzu niemal wybuchały ładunki elektryczne. To była prawdziwa wojna. Wielkie nerwy, kraksy, ścięcia na torze, zatargi z kibicami, a nawet złamany nos duńskiego wojownika.

Dziś pierwszy z trzech odcinków "To był bieg", które będą poświęcone karierze Grega Hancocka, wyjątkowego zjawiska żużlowego. Jedynego w swoim rodzaju. Pierwszy raz Grega Hancocka obejrzałem w akcji w 1991 roku. Oczywiście za pomocą kasety VHS. Był to test mecz Anglików z Amerykanami na torze w Wolverhampton. Greg Hancock wprost szalał na Monmore Green. Taniec Grega na żużlowej ścieżce trwał w najlepsze 40 lat. W końcu - tydzień temu - 4-krotny mistrz świata powiedział pas.

Pod wieloma względami Hancock jest rekordzistą, i wcale nie chodzi tu o kilka wpadek na przestrzeni bardzo długiej kariery. Polscy żurnaliści od tygodnia prześcigają się w wyliczaniu grzechów Hancocka.  Wiedza ich jest na tyle uboga, że nie są w stanie przypomnieć wszystkich wpadek Hancocka w polskiej lidze. Może to i lepiej. Okazji do błędów było sporo, bo jak wspomniałem, to najdłuższa zawodowa kariera w historii tego sportu, i to należałoby przede wszystkim podkreślić w kontekście tego żużlowca. 30 lat zawodowej kariery na europejskich torach, to jest absolutny nokaut wszelkich statystyk. 30 lat na bardzo wysokim międzynarodowym bądź mistrzowskim poziomie. 15 sezonów odjechanych równolegle w trzech najmocniejszych ligach świata, to koleiny rekord wszech czasów Hancocka. Amerykanin ciężko harował na swoje wyniki od najmłodszych lat. Zanim trafił do Europy, siedem sezonów spędził na kalifornijskich torach. Gdy nie miał jeszcze piętnastu lat w zasadzie był już zawodowcem. Jeździł w kilkudziesięciu zawodach i miał całą gromadę sponsorów.

Wszystko zaczęło się w jego rodzinnym domu, gdzie częstymi gośćmi byli czołowi amerykańscy żużlowcy, których dobrym kumplem był ojciec Grega - Bill.  Hancock senior był pasjonatem żużla i organizatorem zawodów w Kaliforni. Znali go wszyscy. Był człowiekiem - instytucją w amerykańskim żużlu i wodzem zgranej paczki, do której należeli m.in. Boby Schwartz i John Cook. Greg w dzieciństwie nasiąknął speedway’em niczym skorupka. W latach 80. święcił sukcesy na krajowych torach i tylko kwestią czasu było kiedy zawita do Europy.  W 1988 roku finał drużynowych mistrzostw świata odbył się w amerykańskim Long Beach i przy tej okazji kontakt z Hancockiem, a także z drugim utalentowanym Jankesem - Billym Hamillem, nawiązał promotor Cradley Heath, Colin Pratt. Jeszcze tego roku jesienią po raz pierwszy przylecieli do UK by dobić targu na jazdę w Cradley. Hamill postanowił przejechać jeszcze jeden rok na amerykańskich torach, natomiast Greg czuł, że jest już gotów podjąć trudne wyzwanie. W wyniku problemów z formalnościami administracyjnymi i słynnym pozwoleniem na pracę w UK, debiut Grega nastąpił dopiero w maju 1989 roku. Hancock przyleciał do Europy zaledwie na 24 godziny przed swoim inauguracyjnym startem w barwach Cradley. W dwóch biegach nie zdobył punktu, a mecz zakończył na siatce. Podczas oględzin lekarskich przyznał się, że tydzień wcześniej zaliczył poważną kraksę w Costa Mesa i obolałe ramię nie było w stanie utrzymać kierownicy. Debiut Hancocka idealnie ilustruje jego żużlowy charakter. Był twardzielem gotowym do wielkich poświeceń, aby tylko wspiąć się na szczyt. O tym, że kiedyś zostanie mistrzem świata powtarzał przy byle okazji. Nie bał się tej deklaracji i z wielką wiarą każdego dnia pracował, aby kiedyś zostać mistrzem świata. Był w końcu protegowanym samego Bruce Penhalla. W osiągnięciu celu pomagał mu dekalog wzorowego żużlowca.

Tajemną wiedzę jak zostać mistrzem świata przekazał mu jeszcze w okresie startów w Kalifornii znakomity żużlowiec Phil Collins. Oto one:
1. Mądrze dobieraj swoich przyjaciół. Otaczaj się ludźmi, którzy będą dla ciebie pomocni, a nie ściągający cię w dół. Pracuj nad dobrymi relacjami ze swoimi mechanikami, bo oni najciężej pracują na twoje sukcesy, a ich praca nie jest widoczna w blasku fleszy. Im lepiej będziesz traktował mechaników, tym łatwiejsze będziesz miał życie.
2. Wybieraj do współpracy tunera o dobrej renomie i licznych rekomendacjach.  
3. Wyglądaj i zachowuj się jak profesjonalista. Miej świeży wygląd, bądź  ogolony i miej zadbane włosy. Zadbany image lepiej sprzeda się oczach kibiców. Dobry wygląd jest zwłaszcza ważny w kontaktach ze sponsorami. Nikt nie chce robić biznesu z brudasem bądź inwestować swoje pieniądze w źle wyglądający produkt.
4. Zachowuj umiar i niech nie odbija ci woda sodowa. Nie uważaj się za wielką gwiazdę, bądź skromny i nie zgrywaj primadonny. Prawdziwy profesjonalista ma dobre maniery i nie zachowuje się jak gówniarz.  
5. Tak organizuj pracę, żeby mieć czas dla kibiców i sponsorów.
6. Oszczędzaj pieniądze najlepiej jak potrafisz. Kariera nie trwa wiecznie. Znajdź dobrego ubezpieczyciela i dobry pewny bank na przechowywanie oszczędności.  
7. Pamiętaj, że manetka gazu pracuje w obie strony i czasem lepiej ją przymknąć, bo jutro też jest dzień. Nie ryzykuj nadmiernie. Leżąc kontuzjowany na łóżku nie będziesz jeździł, czyli nie będziesz zarabiał. Swoją jazdę dopasowuj do panujących warunków na torze.
8. Odżywiaj się zdrowo. Nie ma mowy o cheeseburgerze na autostradzie o 3 w nocy. 
9. Pracuj ciężko.
10. Jeździj twardo jeśli wymaga tego sytuacja. Gdy wejdziesz na wyższy poziom organizacji kariery zauważysz, że twoja ciężka praca to codzienny rytuał, który daje ci satysfakcję, a nie zmęczenie i frustracje. Dzień nigdy nie jest wystarczająco długi, dlatego pracę zaczynaj wcześnie rano. Taki tryb pracy również stanie się rutyną. Tak organizuj dzień, żeby mieć czas na hobby i wypoczynek, ale pamiętaj, że relaks zawsze jest  po wykonaniu zaplanowanej pracy, a nie odwrotnie.

Dziś po blisko 40 latach przekazania tej tajemnej wiedzy Gregowi Hancockowi przez Phila Collinsa doskonale wiemy, że Greg był wzorowym i zdyscyplinowanym uczniem. Wedle dekalogu żył i postępował przez dziewięciolecia. Od siebie dodałbym punkt jedenasty: posiadaj własnego prawnika i zaufanego lekarza. Mam nadzieję, że ten tekst przeczyta wielu naszych żużlowców, wydrukuje go i powiesi sobie nad łóżkiem. 

Greg Hancock od początku przygody z brytyjską ligą spisywał się w niej znakomicie, i z roku na rok wchodził na wyższy poziom. - Z boku mogłoby się wydawać, że wszystko przychodziło mi łatwo, bo  Amerykanin nie powinien mieć większych problemów z aklimatyzacją w Wielkiej Brytanii. Nic bardziej mylnego. Kalifornia to zupełnie inny świat niż europejska Wielka Brytania. Różnice są w każdym aspekcie życia: pogoda, zwyczaje, kultura, kuchnia, a nawet poczucie humoru jest zupełnie inne. Tego wszystkiego musiałem uczyć się przez lata i przyzwyczajenie się do nowych reguł było bardzo trudne i kosztowało mnie wiele wyrzeczeń, cierpliwości i pracy – przekonuje Greg Hancock. 

Wyścig który dziś pokazujemy rozegrał się w lipcowy wieczór właśnie na Monmore Green. Dokładnie na tym samym stadionie i w tym samym sezonie, w którym miałem okazję oglądać Hancocka po raz pierwszy w życiu. Gdy czarował na torze, a w parkingu energicznie zagrzewał kolegów do boju. Podczas ujęć z parkingu maszyn moją uwagę przykuł jeszcze jeden szczegół. Były to wyszyte na tylnej części kombinezonu Hancocka szczerzące się zęby. Pomyślałem wtedy, że faceci zza oceanu mają w sobie coś unikatowego. Charyzmę, fantazję, poczucie humoru oraz niekończący się wigor i apetyt na adrenalinę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to po prostu Grin – dosłownie i w przenośni.

Greg Hancock jednak nie zawsze był do rany przyłóż. Wielka sportowa ambicja powodowała, że czasem puszczały mu nerwy. Dociskał przeciwników do bandy, wykłócał się z sędziami, czy też... pozdrawiał publiczność środkowym palcem. Tak też było podczas wspominanego przez nas gorącego meczu pomiędzy Wolverhampton, a Cradley Heathens w lipcu 1991 roku. W 7. wyścigu dnia Hancock stoczył pasjonującą walkę z Samem Ermolenko. Na torze poszły iskry, a nawet poleciały fucki. Pojedynki pomiędzy Volves, a Heathens należały w tamtym czasie do klasyki gatunku.  Po obu stronach barykady liderami byli znakomici Amerykanie: Ermolenko i Correy kontra Hancock i Hamill. Tego dnia na trybunach Monmore zasiadł komplet widzów, a w powietrzu wyczuwalna była elektryzująca atmosfera. Wszyscy oczekiwali dobrego i zaciętego widowiska. Kibice obu drużyn nie zawiedli się. Było wszystko co potrzeba. Krew, pot i łzy. Trup ścielił się gęsto. Na torze leżało pół stawki, w tym i największa gwiazda przyjezdnych – Jan O. Pedersen. Duńczyk w tamtym czasie był w znakomitej formie, ale zaliczył glebę, złamał nos i nie mógł dokończyć spotkania. Z kolei w obozie gospodarzy  dowodził bojowy Sam Ermolenko. - Ermol tego dnia od początku meczu jeździł zbyt agresywnie i woził nas po płotach. Przed kolejnym wyścigiem powiedziałem sobie, że teraz mu dokopię i wyjechałem bardzo zmobilizowany - opowiada Greg Hancock. Mecz był bardzo zacięty, a zwycięstwo ostatecznie przypadło gospodarzom i to oni w październiku cieszyli się z mistrzostwa ligi. Ale jaki był finał starcia dwóch Kowbojów?

Zapraszamy do obejrzenia materiału.

źródło: inf. własna

ZAŁĄCZNIK DO ARTYKUŁU

29.07.1991 - Wolverhampton Wolves vs Cradley Heathens
Kask czerwony: Sam Ermolenko
Kask niebieski: Charles Ermolenko
Kask biały: Greg Hancock
Kask żółty: Alan Grahame


Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News

Obserwuj nas!
Artykuł załadowany: 1.8412 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl