REKLAMAeWinner Banner

Ułańska szarża (35): Make Speedway Great Again… czy coś

Tai Woffinden

Tai Woffinden (fot. Roman Biliński)

Kiedy przed kilku laty bezskutecznie starałam się wydać moją powieść, trafiałam na różne odpowiedzi w rodzaju „warsztat świetny, ale tematyka nie ta”, „nikt nie będzie czytać o żużlu”, „nie mamy pomysłu na promocję”.

Hitem jednak była redaktorka z pewnego wydawnictwa, która stwierdziła, że bardzo chętnie popracuje nad moim tekstem, ale musiałabym wstępnie dokonać kilku drobnych zmian: napisać to bardziej w stylu rozpalającego wyobraźnię erotyka, bohaterom męskim dodać widocznych mięśni (i scen, w których paradują bez koszulek), bohaterkom powiększyć biusty (a zarazem dekolty), wrzucić kilka gorących scen łóżkowych, no a przy okazji wyrzucić ten żużel, bo on w sumie nie będzie potrzebny. Czyli, podsumowując te „drobne zmiany”, napisać coś zupełnie innego, tak, jak ona by to widziała. 

Można coś takiego zrobić, jasne, ale… po co? W końcu rozmawiałyśmy o konkretnym tekście i konkretnej historii, a nie o jakiejkolwiek powieści pod moim nazwiskiem. 

Dlaczego wam o tym piszę? Ano dlatego, że mam nieodparte wrażenie, iż w środowisku żużlowym pojawili się ostatnio życzliwi doradcy, którzy mimo całej dobrej woli przypominają taką redaktorkę. Jednym z nich jest Mark Webber, którego wypowiedzi dla „Rezerwowego Programu Żużlowego” (dopiero zakończonego i już nieodżałowanego!) od dwóch tygodni krążą po Polsce żużlowej, budząc na zmianę zachwyt i oburzenie. A we mnie? We mnie budzą westchnienie tak głębokie, że potrzebowałam dwóch tygodni, żeby upewnić się, co właściwie czuję, słuchając byłego kierowcy F1 i co mogłabym na jego słowa odpowiedzieć. 

Mark Webber powiedział, że trzeba iść z duchem czasu. Że zawody muszą być krótsze, bardziej dynamiczne, że może należałoby przemyśleć zmniejszenie liczby biegów, tak by zmieścić się w półtoragodzinnym okienku wzmożonej atencji potencjalnego widza. Że najwyższy czas zamienić taśmę startową na laser, bo głupio, żeby w XXI wieku cały świat oglądał faceta zmieniającego kawałek gumy. Że cały przedstartowy rytuał z kopaniem koleiny nie ma sensu, zawodnik powinien podjeżdżać na start i startować, i tyle. 

Mam z tą wypowiedzią jeden zasadniczy problem: Webber, patrząc na żużel wyłącznie przez pryzmat marketingowości i telewizyjności sportu, łączy wątki ważne, personalne i kompletnie absurdalne. Ten ostatni jest absurdalny. Z wysokości Formuły 1 nie widać, że żużel nie rozgrywa się na asfalcie, a tor jest za każdym razem inny. Przygotowywanie pola startowego to nie jest wyłącznie, jak sądzi Webber, teatr na potrzeby telewizji, a często nie jest to teatr wcale. To nie odpowiednik koszykarskiego trash-talking (zakazanego zresztą w NBA) w celu wystraszenia rywali. Nie. To niezbędne zapoznanie z nawierzchnią i przygotowanie sobie jak najlepszej możliwości startu, tak, by zyskać przewagę już na początku wyścigu. Nie da się tego elementu tak po prostu usunąć, no chyba że zalejemy tory żużlowe asfaltem… tylko wtedy to już będzie zupełnie inny sport. Jak zupełnie inna powieść z początku tego tekstu. 

W kwestii taśmy startowej nie wiem, czy mam zdanie. Dla mnie taśma, jakkolwiek wyklinana, to element żużlowości żużla i nie bardzo wyobrażam sobie startowanie na fotokomórkę, to jakby ktoś wykastrował mój ukochany sport z elementu taktyki i niepewności. Przecież pod taśmą dzieją się szachy, a oczekiwanie na jej zwolnienie wzmaga napięcie. Z drugiej strony, biorę poprawkę na fakt, że jestem beznadziejnie sentymentalna i nie lubię zmian, więc może ten brak taśmy z obiektywnego punktu widzenia wcale by żużlowości żużla nie zaszkodził. 

Skrócenie zawodów? Jasne, ale chyba nie w obecnych warunkach i z jednym mechanikiem na zawodnika! Niech zawody trwają tyle, ile muszą, i nie dłużej. Można pomyśleć o wypełnieniu przerw na równanie czymś atrakcyjnym i dla widzów, i dla kibiców zgromadzonych na stadionie, ale hej, przecież mamy wywiady w przerwach dla tych, co patrzą w ekran, i konkursy oraz zabawy dla tych, co gnieżdżą się na trybunach. Opcja: tuż po zakończeniu jednego biegu włączamy bursztynowe światło i leci czas dwóch minut do kolejnego jest opcją świetną, a jak pokazały zawody odbywające się pod presją czasu (na przykład z powodu nadciągającej ulewy) – także w pełni realną. Ale już skrócenie czasu między startami do minuty to absurd. To nie Formuła 1, w której każde koło ma swój sztab mechaników. To, co sprawdza się u „królowej”, nie sprawdzi się w żużlu, wciąż polowym i swojskim. 

Ale największe wątpliwości budzi we mnie to szukanie możliwości, żeby żużel był jak Formuła 1 czy jak MotoGP. Żeby był tak samo wielki, światowy i generujący potężne zyski. Jasne, że chciałabym, żeby mój ukochany sport znali w każdym kraju świata, a mistrz stawał się taką legendą jaką już są Lewis Hamilton czy Sebastian Vettel. Pozostaje jednak kwestia ceny. Lata temu zakochałam się w żużlu, bo był taki bliski i swojski. Bo każdy w pewnym momencie mógł wejść do parku maszyn, pogadać z zawodnikami, obejrzeć z bliska trening, a po finałowym meczu o tytuł Drużynowego Mistrza Polski zgarnąć na pamiątkę kilka kamyczków z bandy. Nadal jestem zakochana w żużlu, bo żużel jest domowy: mechanik czy tuner, drugoligowiec czy uczestnik Grand Prix, wszyscy jesteśmy wielką rodziną i nieraz to odczułam. A to, że nawet topowych zawodników da się spotkać tak po prostu, na stacji benzynowej albo w restauracji na mieście, nie sprawia przecież, że są do nich krótsze kolejki podczas sesji autografów przed Grand Prix. 

Chcielibyśmy, żeby w żużlu były takie pieniądze, jak u „królowej motosportu”. Ale hej, czy to nie jest tak, że Formuła 1 jest obecnie królową właśnie ze względu na nakłady finansowe? Czy nie mylimy przyczyny ze skutkiem? Formuła 1 w roku 2020 (albo 2019, 2018, 2017… generalnie w latach ostatnich) jest produktem marketingowym. A produkt marketingowy to efekt dobrej promocji (która wymaga dobrych funduszy). Koło się zamyka. W produkt trzeba zainwestować. Nawet w mojej działeczce literackiej, skoro już robię analogię, nie działa to tak, że napiszesz doskonałą książkę, więc promocja sama do ciebie przyjdzie. To się zdarza raz na milion przypadków. W większości najpierw jest aparat marketingowy, a potem książka – doskonała lub wcale nie – jako jego efekt i beneficjent. 

Uczyńmy żużel wielkim. Zróbmy z żużla produkt, którym zachwyci się cały świat, jasne. Ale niech to będzie nadal żużel, a nie ubogi kuzyn MotoGP, hybryda stworzona w pogoni za sławą i zachwytami, hybryda, której już nie kochają dawni kibice i która jeszcze nie podbiła serc nowych. Do takiej transformacji potrzeba inwestycji – i w tym miejscu wiążę ogromne nadzieje z działalnością One Sportu. Oczywiście, okrojenie wyłącznie do Polski tegorocznego cyklu SEC wydaje się przeczyć tym nadziejom, ale nie zapominajmy, że w tym momencie One Sport ma związane ręce, związane regulacjami nadrzędnymi, i po prostu ratuje swój produkt. Fakt, że ta grupa polskich szaleńców-zapaleńców już przebiła się do Grand Prix (mistrz Europy jako stały uczestnik cyklu), a zaraz weźmie całą rywalizację o IMŚ we władanie, jest bardzo optymistyczny. Wypowiedzi Jana Konikiewicza w tymże Rezerwowym Programie Żużlowym – podobnie. Konikiewicz i jego wspólnicy zdają sobie sprawę, że podniesienie prestiżu żużla to inwestycja długoterminowa i obłożona pewnym ryzykiem. Że nie wolno patrzeć na natychmiastowe korzyści, jak to obecnie robi BSI, tylko trzeba myśleć perspektywicznie. Wiem, na razie to deklaracje, ale ja chcę w te deklaracje wierzyć. One Sport od samego początku był szansą dla żużla i nadal nią jest.

Żeby stać się wielkim i konkurować z baronami motosportu żużel potrzebuje dużych pieniędzy i wspólnej strategii FIM oraz narodowych federacji, czyli, uwaga uwaga, DIALOGU (trudne słowo dla niektórych, ale ponoć mądrość przychodzi z wiekiem). W obliczu takich potrzeb debata nad taśmą czy problem długości zawodów to naprawdę detale, niegodne naszej uwagi, nie w tej chwili. Tak nawiasem mówiąc, jeżeli chodzi o czas trwania transmisji z żużla, to Mark Webber chyba nie ogląda zbyt uważnie Australian Open. W czasach, kiedy przeżywałam fascynację tenisem, włączałam mecz w sesji europejsko-porannej, szłam na uczelnię, a kiedy wracałam, pojedynek nie był jeszcze nawet w decydującej fazie. A uczelni, dodajmy, nie miałam naprzeciwko domu. 

Gdzieś mignął jeszcze jeden pomysł: niech Grand Prix będzie świętem żużla przez cały weekend, nie tylko trzy godziny w sobotę. I ja się z tym zgadzam. Pamiętam, jak w czasach mojej żużlowej młodości – no dobra, żużlowego dzieciństwa – wyobraźnię rozpalała zapowiedź, że w piątek przed Grand Prix w Bydgoszczy, po treningu, wieczorem, odbędzie się w hali lub na rynku (nie pomnę) spotkanie z zawodnikami. Niech to będzie impreza na dobry początek na dwa dni. Niech podczas treningu też się coś dzieje. Rozreklamujmy kwalifikacje, w końcu one o czymś decydują. Niech FIM dogada się z Ekstraligą w kwestii meczów w piątek przed cyklem, żeby treningi zawsze gromadziły CAŁĄ światową czołówkę. Wzbogaćmy ofertę i telewizyjną, i stadionową o dodatkowe materiały, kuchnię żużla. Wypromujmy gry żużlowe. Dajmy ludziom poczuć się żużlowcami. A jak nie wyjdzie? To trudno. Nadal będziemy mieć nasz swojski, rustykalny speedway bliskiego zasięgu. 

Zaczęłam porównaniem, zakończę porównaniem. Wiem, że dziś jestem autorką niszowego gatunku, który nie ma szans z marketingowymi gigantami w rodzaju erotyków czy popularnych nurtów obyczajowych. Ale albo zrobię z tego coś wielkiego, albo będę pisać dla mojej publiczności, dla ludzi, którzy potrzebują właśnie tych historii. Ja nie muszę być kolejną Formułą 1 wśród literatury, a żużel nie musi być drugą Formułą 1 w świecie motosportu. Jedna i druga rzeczywistość ma już swoją F1 – niech ludzie, którzy nie lubią F1, też mają jakąś rozrywkę, prawda? 
                                                                                                                                             
                                                                                                                                             Joanna Krystyna Radosz

PS: Jeśli brakuje wam żużla, możecie sięgnąć po moje teksty beletrystyczne. „Szkołę wyprzedzania” w formie e-booka kupicie już za 4,99 zł , ale papierową też dostarczymy wam do domu, a jaką ma ładną okładkę! Natomiast „Czarna książka. Antologia opowiadań żużlowych” oraz „Opowieści na marginesach”  są dostępne zupełnie ZA DARMO. 

PPS: Wszelkie przedstawione w niniejszym felietonie poglądy należą do autorki i nie trzeba się z nimi zgadzać. Wszelkie przedstawione w niniejszym felietonie fakty należą do rzeczywistości i nie ma sensu ich negować.

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Ułańska szarża (35): Make Speedway Great Again… czy coś

Ułańska szarża (35): Make Speedway Great Again… czy coś

Ułańska szarża (35): Make Speedway Great Again… czy coś

0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 0.8795 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl