REKLAMAeWinner Banner

Tomasz Lorek: Frytki, ryba, ocet i Wiedźmy z Ipswich

Tomasz Lorek i Sławomir Drabik

Tomasz Lorek i Sławomir Drabik (fot. Patryk Kowalski)

Czy trzeba jeść najbardziej wysublimowane sushi, jeździć Ferrari i spoglądać na gablotę przepełnioną pucharami, aby czuć się szczęśliwym? Niekoniecznie. To naturalne, że w sporcie każdy pragnie zwycięstw, lecz czasami zapach frytek, smażonej ryby z ociupinką octu może wynieść duszę człowieka wyżej aniżeli na szczyt Moldoveanu…

Frytki z rybką owinięte we wczorajszy egzemplarz gazety „Svenska Dagbladet” kuszą nozdrza. A jeżeli jeszcze na skrawku tejże gazety znajdzie się wzmianka o sześciokrotnym indywidualnym mistrzu świata – Tonym Rickardssonie, fan speedwaya będzie niezmiernie ukontentowany… Człowiekiem, który dba o wyjątkowy klimat podczas konsumpcji tego wyspiarskiego dania jest były zawodnik „Wiedźm” z Ipswich – Leigh Stefan Lanham. Jako brzdąc nauczył się pedanterii. Zawsze dbał o czystość motocykli, a o elegancko umytym busie Leigh krążyły opowieści od Exeter po Bradford. Lanham kocha porządek, gdyż tak został wychowany…

Lśniący bielą bus Volkswagen Golf podjeżdża pod elegancki dom we wschodniej części Ipswich. Siedzący za kierownicą Leigh uruchamia palec wskazujący, nakłuwa nim stojący obok srebrny samochód i prawi: - Ten pojazd potrzebuje troski, cały utonął w brudzie. Czyścioszek Leigh… Indywidualny mistrz juniorów Wielkiej Brytanii (do lat 21) w 1997 roku uśmiecha się pod nosem: - Gdy chłopcy ustawiają się pod taśmą na Foxhall, rury wydechowe ich motocykli są wycelowane idealnie w naszą stronę – twierdzi zawodnik, który w owym, pamiętnym juniorskim finale juniorów zdystansował Lee Richardsona i Scotta Nichollsa. Rok później Leigh wywalczył awans do finału indywidualnych mistrzostw świata juniorów w Pile. 

23 lata sportowej kariery… Szczęśliwy tata dwóch uroczych córek – piętnastoletniej Holly i trzynastoletniej Ellie. Małżonka Lanhama – Lucy, głęboko odetchnęła kiedy Leigh zadecydował o zakończeniu kariery w 2016 roku… - Ta przepiękna kuchnia utrzymana w bieli to efekt pracy Leigh w przerwie pomiędzy wyścigami w jego pożegnalnym sezonie 2016. To bardzo zaradny mężczyzna, lecz kiedy ścigał się na żużlu, nie miał czasu, aby zadbać o wystrój kuchni. Teraz jest wzorem elegancji… – Lucy uśmiecha się filuternie.

Turniej rocznicowy zorganizowano dla Lanhama w 2005 roku, a ostatnie 4 okrążenia Leigh wykonał na Arena Essex Raceway we wrześniu 2018 roku. Stare dzieje kiedy nieodłącznym towarzyszem Leigh w parku maszyn był jego brat – Nikki.

Braterski tandem solidnie pracował przy zmianie zębatek, dysz i opon, więc Nikki nie zniknął z najbliższego otoczenia Leigh również w drugim wcieleniu… Miłość do żużla nie wygasła, początki przygody ze speedwayem datują się na sezon 1993, lecz kiedyś należy zwolnić na wejściu w wiraż… Tym bardziej, że dzieci dorastają i chcą, aby tata częściej gościł w domu. - Życie zaczyna się po czterdziestce. To stara prawda – stwierdza Leigh, który przekroczył magiczny próg 15 sierpnia 2017 roku. Moi rodzice: Mike i Julie przed laty zakupili jadłodajnię, którą przemianowaliśmy na firmę pod szyldem Hot Stuff. Serwujemy klasyczne fish & chips z przeróżnymi dodatkami… Interes się kręci, a ja częściej bywam w domu! – raduje się Leigh Lanham.

Tata Leigh – Michael William „Mike” Lanham – zodiakalny Lew, ścigał się z powodzeniem dla Ipswich Witches, Birmingham Brummies, Peterborough Panthers, West Ham Hammers, Eastbourne Eagles i Leicester Lions. Pewnikiem Mike ścigałby się dłużej, gdyby nie feralny wypadek jakiemu uległ w 1983 roku… Na Leicester Stadium Mike doznał skomplikowanego urazu: złamana noga, ręka i miednica. Po pięciu tygodniach spędzonych w szpitalu, Mike powziął decyzję: kończymy ze speedwayem!

Dzięki ojcowskiej pasji, Leigh zakochał się w żużlu i latał po rozmaitych angielskich agrafkach… „Mam frajdę przygotowując naszą knajpkę, aby zaspokajała gusta lokalnej społeczności. Tak po prawdzie to nigdy nie wiedziałem kiedy nastąpi mój rozbrat z żużlem. Finiszowałem w barwach Rye House Rockets w 2016 roku. Pamiętam jak dziś – to był półfinał Knockout Cup w Newcastle przegrany przez nasz zespół dość wyraźnie: 34-56… Zdobyłem 4 punkty i 2 bonusy. Chyba nikt kto oglądał ten mecz na Brough Park Stadium nie zakładał, że będzie to mój ostatni występ w barwach Rye House… Łącznie ze mną! Walczyłem wówczas drapieżnie o każdy cal toru, bo chciałem zapracować na chleb podczas długiej zimowej przerwy. Po szybkiej kąpieli na stadionie, wsiedliśmy do busa z bratem Nikkim. Deszcz siąpił przez całą drogę z Newcastle do Ipswich. W wąskiej rynnie w drzwiach busa od strony kierowcy znalazłem puszkę Coca Coli, brat wygrzebał starannie zapakowane kanapki i zmierzaliśmy do domu. Długo rozmawialiśmy o rozczarowującym sezonie, który nie ułożył się po naszej myśli…” – mówi Leigh.

Czy wówczas podczas deszczowej aury zaczęły kiełkować myśli o zakończeniu sportowej kariery? - One nasiliły się w momencie, gdy klub Rye House dość odważnie przeniósł się do Premiership w sezonie 2017. Do „Rakiet” dołączyli „Rebelianci” z Somerset, a „Diabły” z Plymouth dryfowały w stronę National League. Pomyślałem, że jazda na siłę w Championship niczemu nie służy… Pieniądze, które mógłbym zarobić w drugiej lidze nie były już na tyle kuszące. Podobne apanaże uzyskałbym wykonując jakąkolwiek inną pracę na Wyspach, więc czemuż u licha mam dalej łamać gnaty? Świetnie bawiłem się jeżdżąc przez 23 lata na żużlu i nie przejadłem pieniędzy mądrze je inwestując. Mam rodzinę, która mnie bezgranicznie kocha, a ja darzę ją podobnym uczuciem. Speedway sprawił, że mogłem spędzać czas z córkami dość regularnie. Z pewnością zawód żużlowca był lepszą opcją w zakresie opieki nad dziećmi, bo gdybym chodził do pracy od 9 do 17, nie spędziłbym tyle czasu z moimi dziewczynkami – zauważa Leigh.
Święte słowa. Nieregularne godziny pracy są zbawieniem dla młodych ojczulków. Brak ustabilizowanego rytmu sprzyja opiece nad dziećmi, jakkolwiek osobliwie to brzmi… - To był bezcenny czas. Byłem przy najważniejszych wydarzeniach w życiu moich córeczek. Widziałem pierwsze kroki, pierwszą samodzielną konsumpcję zupki, słyszałem pierwsze zdania wypowiedziane przez Holly i Ellie… To niezmiernie istotne z perspektywy ojca. A poza tym, nie uroniłem niczego z żużlowych wspomnień. Oczywiście, że każdy zawodnik pragnie tytułu mistrza świata. Ktoś kto raz zdobył złoto, pragnie kolejnych zwycięstw. To normalne, że trudno nasycić duszę sportowca. Najwybitniejsi są wiecznie głodni… Spytajcie Tony’ego Rickardssona czy nie chciałby zostać po raz siódmy indywidualnym mistrzem świata. Oczywiście, że chciałby, lecz życie tak się ułożyło, że ma 6 złotych krążków. Jestem szczęściarzem, bo nigdy nie byłem bezrobotny, a przez 23 sezony uzbierało się sporo pięknych wspomnień… – wyznaje Leigh Lanham.

Rodzina Leigh bezwzględnie poparłaby każdą jego decyzją. Nawet taką, która zakładałaby kontynuowanie kariery na szlace… - Jestem świadomy faktu, że moja małżonka Lucy nie tęskni za moimi wygłupami na motocyklu. Nie chodzi o lęk przed kontuzjami czy obawy żony o moje życie, lecz o niepewność związaną z zimą. Nigdy nie wiadomo czy ktoś zechce podpisać z tobą kontrakt. A nawet jeżeli wyrazi zainteresowanie, to czy będą to warunki zadowalające mnie jako żużlowca… Zimowe miesiące są stertą zszarganych nerwów. Owszem, jeżeli jesteś liderem drużyny i przywozisz sporo punktów, wówczas przebierasz w ofertach i przeważnie dyktujesz warunki. Jeśli spadasz w rankingu, notujesz gorsze występy, nagle dostrzegasz, że opcje się kurczą… Myślę, że cała moja familia odetchnęła z ulgą. Mama Julie przez tyle lat martwiła się najpierw o męża – mojego tatę – Mike’a, a potem ja nie pozwalałem jej zmrużyć oka w nocy, bo też ścigałem się na bike’u, więc czas najwyższy pozwolić oddychać najbliższym pełną piersią… Pora na pragmatyzm, a nie tylko i wyłącznie chłopięce marzenia i pasje – podkreśla Leigh, który w sierpniu 2020 roku ukończy 43 lata.

Żużel bardzo zmienił się od czasów, gdy Leigh Lanham uczył się ślizgu kontrolowanego. Dziś speedway zachowuje się niczym wytwórnie płytowe: młody artysta nie ma czasu na popełnianie błędów i mądry, stopniowy rozwój. Od razu musi zacząć pisać kawałki, które będą się świetnie sprzedawały… - Ładna analogia. Żal mi chłopaków, którzy dziś wchodzą w świat speedwaya. Współczuję im, bo muszą być totalnie zaangażowani w to co robią, a ciąży na nich presja błyskawicznego ataku szczytowego. Nie ma mowy o rozbijaniu obozów i spokojnym wejściu na wierzchołek – dziś młodzi chłopcy nie mają marginesu na błąd. Oczekuje się od nich, że od razu będą przywozić dwucyfrówki. To bardzo niepokojące zjawisko… Ceny sprzętu rosną, a zarobki nie są kuszące. Promotorzy nie mają studni bez dna, płacą na podstawie tego, co uzyskują ze sprzedaży biletów. Speedway nie znajduje się tam, gdzie powinien. Obumiera. Zawodnicy potrzebują zamożnych sponsorów. A o takich bardzo trudno, bo dzisiejsza ekonomia, a szczególnie ta w dobie pandemii koronawirusa, bardzo kuleje, więc ogranicza się wydatki na sport. Miałem ogromne szczęście, że przez całą karierę mogłem polegać na solidnych sponsorach, którzy nigdy mnie nie opuścili, a pomagali nawet wtedy, kiedy ich biznes nie przynosił krociowych zysków – podsumowuje Leigh.

Lanham – czyścioszek, zawsze ze szczególną starannością dbający o logo sponsorów, utrzymujący prawdziwe relacje z darczyńcami, otrzymywał regularne wpłaty. Lojalność za lojalność… - Wszystkich dobrych ludzi nie sposób wymienić, ale kilku z nich było naprawdę wyjątkowych. Wydatnie wspierał mnie Jason Thurlow. Tata Jasona przed laty prowadził ekipę King’s Lynn. Bywały wieczory kiedy Jason dzwonił do mnie i był radosny niczym brzdąc dostający zabawkę. Krzyczał do słuchawki: Leigh, namówiłem tatę, obiecał, że kupi ci dwa silniki rasowane przez Finna Rune Jensena! Jason Thurlow założył własną firmę o nazwie Ashfield Growers i co sezon fundował mi przynajmniej jeden silnik. To przyjaciel mojej rodziny. Bardzo szczery człowiek, który kocha żużel. Nie zapomnę o tym, co uczynił dla mnie Ian Elliott. Odkąd zacząłem ścigać się dla Sheffield Tigers, zawsze o mnie pamiętał. Gdy tylko mógł, kupował mi partię nowych silników. W domu tak mnie nauczono, że mam szanować ludzi, więc nawiązałem kilka prawdziwych przyjaźni i zawsze starałem się dbać o sponsorów. Z biegiem czasu stawali się przyjaciółmi. Uważam, że skoro ktoś mnie zauważył i chce mi pomóc, to nie mogę go odtrącić. Miło kiedy ktoś dostrzegł mój wysiłek wkładany w jazdę na żużlu – Leigh dowodzi, że dobre maniery są ważne w budowaniu sportowej kariery…
Przyjaźnie przetrwają, gorzej miewa się historia z motocyklami. Leigh sprzedał wszystkie motocykle i osprzęt. „Nie chciałem, aby stały w warsztacie czy w domu, bo kusiłyby mnie zanadto… Patrzyłbym i głowiłbym się: a może wrócić do żużla? Miewałbym rozterki, gdyby zadzwonił któryś z promotorów i zapytał: Leigh, zwolniło się miejsce w składzie, więc może jednak puścisz parę razy klamkę? Zero pokus. Pragnę ładu w mojej głowie, a wiem, że wypadki zazwyczaj biorą się z nadmiernego rozmyślania. Jeśli twój umysł skupia się na czymś innym niż ściganie, wówczas najczęściej dochodzi do „dzwonów”… - Radziłem sobie z rozmaitymi kontuzjami na przestrzeni kariery, ale cieszę się, że odszedłem od żużla bez większego uszczerbku zdrowotnego – wyjawia Lanham.

Czy Leigh był skazany na speedway? Geny sportowca odziedziczone po tacie Mike’u. Ogromna determinacja, dbałość o szczegóły, pilność podczas treningów – te czynniki sugerowały, że niedaleko spadnie jabłko… -Szczerze mówiąc, nie pamiętam feralnego upadku taty na torze. Miałem wtedy zaledwie 5 lat. Wówczas wdrapywałem się na drzewa w Ipswich, a żużel niezbyt mnie interesował… Zakładaliśmy zgniecioną puszkę na lewą stopę i udawaliśmy, że nosimy laczka jak zawodnicy. Śmialiśmy się do rozpuku z moim bratem i synem Billy’ego Sandersa – Deanem Sandersem. Biegaliśmy pomiędzy drzewami i było bosko! Jednak odkąd pamiętam, bardzo chciałem pójść w ślady ojca, gdy tylko wzrastała moja świadomość. Przyznaję się bez bicia: speedway miałem we krwi. Razem z braciszkiem Nikkim zaczynaliśmy jeździć na torze trawiastym. Złote juniorskie czasy… Nikki błyskawicznie zrozumiał, że jazda nie jest mu pisana. Wolał grzebać w klamotach, miał smykałkę do mechanikowania i tak już zostało… A odnośnie wypadku naszego taty w Leicester… Pamiętam, że w domu było bardzo ponuro, bo mama była przygotowana na najgorsze. Lekarze wyznali jej prawdę i powiedzieli, że tata może nie przeżyć… Cudem przetrwał, ale praktycznie nie ma czucia w prawej ręce. Wykaraskał się, lecz zapłacił sporą cenę za miłość do żużla. Tackę z frytkami tata nosi w lewej dłoni! – Leigh jest pełen uznania dla poświęcenia Mike’a.

Wypadek jakiemu uległ Mike Lanham wymusił zmianę stylu życia. Pokłosiem karambolu przy Blackbird Road w Leicester była inwestycja jakiej dokonali rodzice Nikkiego i Mike’a. - Tata stopniowo wracał do zdrowia, ale poszukiwał stałego zajęcia i w miarę intratnej posady. Przyjaciel taty posiadał kilka małych restauracji serwujących fish & chips w Ipswich i pragnął pozbyć się jednej z nich. Zaoferował ojcu sprzedaż. Rodzice posiadali duży dom z trzema sypialniami, więc zdecydowali się sprzeda chatę, aby nabyć restaurację z częścią mieszkalną na strychu. Odważny ruch, ale warto było… – wspomina Leigh.

Mike Lanham nie ma natury marudy. Brał życie takie jakim jest. - Tata nigdy się nie skarżył. Nigdy nie zrzędził. Widziałem jak jedną zdrową ręką wrzucał wiaderka chipsów do pojemnika z olejem. Nie wiem jak on to robił, czasami wolałem być z dala od gorącego oleju, ale zawsze podziwiałem zręczność taty i wyjątkową zaradność. Tata jest bardzo pracowitym człowiekiem – podkreśla Leigh.

Czy częściowa utrata zdrowia przez tatę miała wpływ na wybór życiowej drogi przez jego syna? - Mimo, że bardzo często widywałem jak bardzo cierpi tata, nigdy nie przestraszyłem się jazdy na żużlu. Noszę w sobie potrzebę rywalizacji, zawsze jarał mnie speedway, więc dlaczego miałbym nie spróbować tego fachu? Mama Julie często wspomina, że gdy wracaliśmy z bratem ze szkoły do domu na lunch, jeździliśmy rowerkami wokół domu. Mama prosiła: pozwól Nikkiemu wygrać chociaż raz! A ja na to: mamo, ja zawsze chcę wygrywać! – konkluduje Leigh.
Zgniecione puszki romansujące z adidasami tudzież trampkami ustąpiły miejsca prawdziwemu laczkowi. Leigh Lanham założył stalową łyżwę na lewego buta w wieku 7 lat. W 1992 roku piętnastoletni Leigh osiągnął kulminacyjny punkt w karierze sięgając po mistrzostwo Wielkiej Brytanii uczniów na torze trawiastym. Sukces został zauważony przez fachowców. Niebawem rozpoczął treningi na torze w Mildenhall.

Zaledwie trzy dni po szesnastych urodzinach, Leigh Stefan Lanham zadebiutował w barwach Ipswich Witches w meczu przeciwko Piratom z Poole. Magiczny, pamiętny dzień 18 sierpnia 1993 roku… Wówczas drużyna składała się z ośmiu zawodników. Dwaj Brytyjczycy mieli gwarancję występów w roli rezerwowych. Lanham rozpoczął od trzeciego miejsca, a w drugim wyścigu rezerw przywiózł 3 oczka! Pierwsze zwycięstwo biegowe w meczu, ależ to jest wyjątkowy smak… Tak udany debiut przesądził o zapewnieniu sobie pozycji w ekipie „Wiedźm” przez kolejne 3 sezony! - Gdy miałem 16 lat, bardzo chciałem być najlepszym żużlowcem świata. Wiedziałem czego chcę, a chociaż nie wiedziałem jak daleko zawędruję, miałem świadomość, że muszę pracować w pocie czoła jeżeli pragnę zrealizować cel. Kiedy ścigałem się na trawie w szkolnych czasach miałem sporo szczęścia, bo mamę i tatę było stać, aby zakupić mi niezły sprzęt. Dzięki wiedzy i doświadczeniu taty, wiedzieliśmy jak troszczyć się o motocykle, więc byliśmy o krok z przodu przed konkurencją – wspomina Leigh.
 
Wówczas narodził się syndrom Lanhama pedanta i niezmordowanego czyścioszka. - Dzieciaki bawiące się w motocross mogą użyć węża, aby umyć motocykl. Na żużlu, trzeba rozebrać cały bike, aby właściwie go wypolerować. Potrzeba siedmiu – ośmiu godzin, aby przygotować motocykl do zawodów. Można ślęczeć i dłużej, ale 8 godzin to minimum. Jeżeli ktoś twierdzi, że można wykonać tą czynność w dwie, trzy godziny, to albo nie wie o czym mówi albo myje niedokładnie i mało precyzyjnie. Są chłopcy, którzy myją motocykle bez podkładek Brillo. Każda szprycha musi błyszczeć. Lubię, gdy motocykl lśni. Gustuję w schludnej robocie – twierdzi Leigh.

Trzeba być wyposażonym w duszę wagabundy, aby pokonywać wiraże z uśmiechem na ustach. - Uwielbiam, gdy coś się dzieje. Nie lubię stagnacji. W środę zawody w Poole, w czwartek jeździłem u siebie w Ipswich, a w sobotę w Coventry. To były ekscytujące czasy… Bardzo przeżywałem każdy mecz w barwach „Wiedźm”. Mój tata ścigał się dla Ipswich, to wszak moje miasto rodzinne. To był prawdziwy zaszczyt ścigać się w drużynie Ipswich – podkreśla z dumą Leigh. Zacne, old schoolowe podejście…


Zdecydowana większość ludzi na świecie nie jest pewna swojej drogi zawodowej. W przypadku Leigh nic takiego nie miało miejsca. - Wiedziałem, że speedway to właściwy wybór profesji. Od pierwszego wejrzenia… Co więcej, dzięki tacie byłem świadomy, że trzeba sporo się napracować i można nie mieć gwarancji, że cokolwiek wrzucę do skarbonki. Miałem szczęście, że w zespole Ipswich miałem wybitnych kolegów takich jak Chris Louis i Tony Rickardsson. To zaszczyt móc ścigać się z takimi asami w jednej drużynie! Ze wzruszeniem wspominam czasy kiedy w ekipie „Wiedźm” jeździli tacy showmani jak Shane Parker i Mitch Shirra. Na Parkera i Shirrę spoglądałem z zachwytem jako młodzian… Móc być z nimi w jednej ekipie – to było coś. Nie spało się w nocy przed takimi meczami! – błysk w oku świadczy o pełnym zaangażowaniu i pasji Lanhama. 

Leigh ścigał się w dawnej pierwszej brytyjskiej dywizji w 1994 roku. „Wiedźmy” zajęły wówczas szóste miejsce w lidze. Lanham jeździł dla Ipswich zarówno w dobie Elite League jak i w czasach kiedy brygada z Foxhall startowała w Premier League. W sezonie 1995 Premier League składała się z 21 drużyn! Ipswich ponownie uplasowało się na szóstej pozycji. - Myślę, że z jednej strony to chwalebne i piękne, że kochałem startować w Ipswich. Z drugiej strony głęboki stosunek emocjonalny do jazdy w barwach „Wiedźm” sprawił, że nigdy nie poczułem się do końca spełniony. Cierpiałem na osobliwą przypadłość: kiedy jeździłem w barwach Ipswich jako gość albo w zawodach indywidualnych, zdobywałem sporo punktów. Ludzie na trybunach zaczęli szeptać: „Lanhamowi nie pasuje ten tor”, ale to nie była prawda. Gdyby tak było, nigdy nie przywiózłbym dwucyfrówki na Foxhall. Podejrzewam, że uwierała mnie presja w meczach ligowych, bo pamięć o występach ojca była zbyt silna. Za bardzo chciałem… Ważne, że Ipswich wciąż mieszka w moim sercu. Na zawsze pokochałem ten klub. Jest bardzo profesjonalnie zarządzany. Często wpadam w czwartkowe wieczory na mecze i pracuję dla frajdy w klubowym sklepiku. Cudownie jest móc usłyszeć motocykle w parku maszyn na Foxhall… Nie mogę doczekać się rozpoczęcia sezonu 2020 po okresie pandemii. Jason Crump w barwach Ipswich! Kto by pomyślał! Kiedyś Tony Rickardsson, teraz Jason Crump w ekipie Ipswich. Super, że Chris Louis zdołał przekonać Australijczyka do występów w Ipswich! – raduje się Leigh.

W sezonie 1996 Premier League liczyła 19 drużyn. Ipswich ukończyło rozgrywki na ósmej pozycji. Chwilę później Leigh rozstał się z macierzystym klubem. Kierownictwo Ipswich bardzo pragnęło podpisać kontrakt z Markiem Loramem, ale Loramski wybrał ofertę Bradford Dukes. W całym zamieszaniu wokół niedoszłego transferu Marka, ucierpiał Lanham, który zawędrował do Exeter. Szmat drogi z rodzinnego Ipswich, lecz cóż było czynić? - Pewnego zimowego dnia zrozumiałem, że lepiej będzie poszukać sobie nowego klubu. Chciałem jeździć w drugiej lidze i być czołowym zawodnikiem w klubie, a nie zapchajdziurą. Szef „Sokołów” z Exeter – Colin Hill zadzwonił do mnie i wyraził chęć podpisania kontraktu. Wszedł mi na ambicję mówiąc, że pamięta zawody z moim udziałem na torze w Exeter, w których zdobyłem sporo punktów i pokonałem Marka Lorama… Ludzie psioczyli na moją selekcję, ale ja odżyłem w Exeter. Szalałem na tamtejszym torze, zdobywałem mnóstwo punktów. Zajęliśmy piąte miejsce w Premier League. Wisiałem na motocyklu, układałem ciało jak Shawn Moran, a Colin Hill płacił mi rewelacyjne stawki. Żyć nie umierać. Mili ludzie w pubie zagadywali mnie po meczu, więc byłem wzruszony. Dla tych doznań warto było pokonywać 600 mil (tam i z powrotem) w drodze na każde zawody… – w Leigh odzywa się dusza romantyka.

Solidna jazda w Exeter, tytuł najlepszego młodzieżowca w Anglii – to były dobre karty przetargowe… Wkrótce okazało się, że duchową przystanią Lanhama będzie tor Arena Essex. - Pete Thorogood (współpromotor The Hammers) przyglądał się moim wynikom w barwach Exeter Falcons i zaoferował mi angaż w ekipie Arena Essex. Powiedziałem: dlaczego nie, skoro tor „Młotów” leżał zaledwie godzinę jazdy autem od domu? Nie musiałem nerwowo obgryzać paznokci każdej zimy. Byłem kandydatem numer 1 do pozostania w klubie. Sezony 1998-1999 były niczym żeglowanie po spokojnym morzu. Sztorm zerwał się dopiero w 2000 roku… – wspomina Leigh.

Zawody towarzyskie u progu nowego sezonu. Koszmar dla chirurgów, promotorów oraz kibiców, bo wszyscy zawodnicy rwą się do jazdy po długiej przerwie zimowej… Niby zabawa, bez walki o ligowe punkty, a jednak licho nie śpi. Zawody rozegrano w Purfleet, siedzibie Arena Essex Hammers. Leigh „przydzwonił” w bandę na dużej prędkości po tym jak zaczepił o motocykl żużlowca Isle of Wight Islanders – Francuza Phillippe’a Berge. Poważna kontuzja uda przekreśliła szanse Leigh na wznowienie startów w tymże roku, a dla Berge upadek oznaczał koniec kariery… - Nie ma dobrego okresu na odniesienie kontuzji, lecz… Wówczas czułem, że czyniłem dobre kroki, aby wspinać się po żużlowej drabinie. Liczyłem na bardzo dobry sezon, a tu taki pech. To był ważny moment. Moja kariera uległa wyraźnemu wyhamowaniu… Gdy wróciłem do akcji w kolejnym sezonie, ścigałem się z metalowym prętem w nodze, gdyż lekarze zabronili mi go usunąć na przestrzeni 18 miesięcy. Jeździłem jak oszalały i pod koniec sezonu 2001, byłem blisko fotelu lidera pod względem średniej biegowej. Blisko, ale jednak nie na szczycie, a bardzo chciałem być wówczas numerem 1. Nie twierdzę, że gdyby nie kontuzja, ścigałbym się na poziomie podium w GP. Ten poziom był dla mnie nieosiągalny, bo nie miałem naturalnego talentu. Umieściłbym siebie raczej w innej kategorii: pracusiów, którzy poprzez mozolne doskonalenie się mają szansę zostać solidnymi ligowcami – wyznaje Leigh.

Lanham pozostał wierny „Młotom”. Ucieszył się, gdy w 2004 roku ekipa The Hammers zagościła w Elite League. - Ronnie Russell był arcymistrzem motywowania zawodników. Wówczas miałem 26 lat i przyjąłem do wiadomości, że nie będę mistrzem świata i nie awansuję do cyklu GP. Radowałem się, że jestem grubą rybą w Premier League i mogę spokojnie zarobić na utrzymanie rodziny ścigając się w niższej dywizji, lecz mój przyjaciel Ronnie Russell przekonał mnie, że w Elite League nie będzie nędzy. I miał rację. Kilka dni temu mój brat Nikki wertował stare czasopisma i znalazł relację z meczu ligowego w barwach Areny Essex. Powiedział: spójrz, braciszku – wykręciłeś 13 punktów i dwukrotnie pokonałeś Leigh Adamsa! Czyż to nie piękne?! Byłem całkiem niezłym ligowcem…” – podsumowuje Leigh.

Długoletni romans z „Młotami” dobiegł końca po zakończeniu sezonu 2008. 11 lat – szmat czasu… Leigh nie chciał się rozstawać z klubem spod Londynu. Decyzję podjęli ówcześni promotorzy: Jon Cook i Stuart Douglas. - Wielu zawodników mogłoby pomarzyć o karierze, która trwa 11 lat, a ja tyle lat spędziłem tylko w jednym klubie, więc nie jest źle… Gdyby ktoś zapytał o klub najbliższy mojemu sercu, bez wahania odparłbym: Arena Essex. Ipswich to klub działający w moim rodzinnym mieście. Przez całą moją karierę Ipswich był właścicielem kontraktu, ale przez 11 lat jazdy w Arena Essex opiekowano się mną jak brzdącem. Jeżeli spędzasz tyle lat w jednym klubie, siłą rzeczy on staje się twoim domem. Masz swoje miejsce na parkingu dla busów, masz ulubione miejsce w parku maszyn… Każdego wieczoru po zawodach wędrowałem do stadionowego baru, spotykałem się z kibicami. Było czarująco. Tak buduje się prawdziwe więzi… To był bardzo trudny technicznie tor, na którym pokonałem zawodników lepszych ode mnie. Znałem ten tor na wylot i dysponowałem dobrym sprzętem. Rozpiera mnie duma, że wygrywałem w Arena Essex wyścigi z wielkimi mistrzami speedwaya – Leigh nie kryje wzruszenia…

Leigh na moment powrócił w szeregi „Wiedźm”, lecz długo nie zagrzał miejsca w stolicy hrabstwa Suffolk. Ponownie znalazł angaż w Premier League. Tym razem w ekipie „Os” z Newport. Znów był włóczykijem… - Mallettowie (promotorzy Wasps: Steve i Nick) byli odlotowymi ludźmi. Byli zszokowani, że chcę zostać na kolejny sezon po udanym 2009 roku. To była rock & rollowa zabawa. Poczułem się jak młodzieniaszek. Gadka – szmatka i narodził się pomysł, abym jeździł dla „Os” również w sezonie 2011. Zwykło się mawiać, że najlepszy jest trzeci sezon w klubie… I tak jest w istocie. Wygraliśmy Puchar Knockout w 2011 roku. W finale Newport ścigało się z Glasgow. W sobotę na Queensway Meadows zmietliśmy Szkotów 65-25, ale nie mogliśmy balować, bo nazajutrz czekał nas rewanż w Glasgow. Nie straciliśmy źdźbła koncentracji i w dwumeczu pokonaliśmy rywali 106-74. Oszaleliśmy ze szczęścia… Nigdy nie wygrałem ligi, ale zwycięstwo w Pucharze Knockout z Newport Wasps pozostaje najpiękniejszym i najcenniejszym skalpem w całej mojej karierze... – twierdzi Leigh.

Lanham z uśmiechem na ustach zgodził się na przedłużenie kontraktu z „Osami” z Newport. Czwarty sezon rysował się w ujmujących kolorach na horyzoncie. Niestety, wspaniały walijski ośrodek wyzionął ducha. Hayley Stadium położony przy Queensway Meadows oglądał wiele znakomitych pojedynków na torze. Magia złożona z 311 jardów… Lanham ze smutkiem w oczach przyjął do wiadomości agonię żużla w Newport i przywdział barwy Ipswich. Znów wtaczał kamień na wzgórze niczym Syzyf, żeby ugruntować pozycję „Wiedźm” w Premier League… Ostatnie trzy sezony Leigh spędził w Sheffield, Somerset i Rye House. Pod koniec sezonu 2015, Leigh zdobywał punkty dla Scunthorpe Scorpions. - Nigdy nie zapomina się o ludziach, z którymi się ścigałeś. Dziś rzadziej ich widuję, lecz gdy ich spotykam, to okazuje się, że wciąż są moimi kumplami. Ogromnym szacunkiem darzę chłopaków ze starej żużlowej szkoły. Rzadko miałem okazję, aby wyściubić nos poza Wyspy, lecz gdy przez dwa-trzy lata ścigałem się w lidze szwedzkiej, byłem zachwycony widząc żużlową brać we wtorkowe poranki na lotnisku Stansted! Co rusz to żużlowa facjata! Nie miałem pojęcia, że aż tylu zawodników zrywa się o bladym świcie z łóżek… Siadasz na krzesełku, zajadasz się kanapką, a tuż obok ciebie roi się od metanolowych chłopaków. Zaczynasz gadać, bo chcesz wiedzieć jaki tor zrobiono poprzedniego wieczoru w Wolverhampton i kto ile zrobił punktów… Nicki Pedersen dał się wówczas poznać jako przemiły gość. Na torze nie uchodzi za dżentelmena, ale podczas porannych nasiadówek okazał się znakomitym kolegą. Kiedy uświadomię sobie ile przyjaźni nawiązałem poprzez 23 lata startów na żużlu, dochodzę do wniosku, że warto było odbyć tą szaloną podróż… – konkluduje Leigh.

Dziś Lanham nie wykonuje tak ekscytującej pracy jak łamanie motocykla na wirażu, ale z radością kroi ziemniaki, aby być przygotowanym na wieczorny nalot klientów do jadłodajni. Frytunie muszą być gotowe na czas… - 2 sierpnia tata Mike skończy 69 lat. Nikki pomaga mi przy smażeniu rybek oraz frytek. Rodzice napracowali się przy prowadzeniu tego biznesu. Najwyższy czas ich wyręczyć. Tata Mike i mama Julie chcą zwolnić tempo życia. Jestem szczęśliwy, że robię coś pożytecznego dla rodziny. Frytki, rybki i ocet to bardziej stabilne zajęcie niż jazda na żużlu. W speedwayu tak naprawdę nic nie jest pewne. Musiałem się oswoić z nową sytuacją. Zakładając fartuch miałem uczucie, że wreszcie nie stąpam po kruchym lodzie, tylko chodzę po eleganckiej promenadzie. To ważne, bo w głębi duszy człowiek potrzebuje bezpieczeństwa… – zauważa Leigh.

Z Nikkim Lanhamem można konie kraść… Z rzadka widuje się tak długowieczne braterskie duety w speedwayu. Co nie znaczy, że pomiędzy braćmi nigdy nie dochodziło do zgrzytów… Nikki był doświadczonym mechanikiem, gdy Leigh wkraczał w świat profesjonalnego żużla. Nikki Lanham ma swój udział w brązowym medalu IMŚ Chrisa Louisa. Nikki pracował dla Chrisa przez cały sezon 1993 łącznie ze słynną wyprawą po medal do bawarskiego Pocking. Kiedy Leigh rozpoczynał pierwszy pełny sezon w barwach Ipswich w 1994 roku, Nikki podziękował za pracę u Chrisa i na wieki zakotwiczył u brata. Jednak razu onego w Exeter, doszło do osobliwego zdarzenia… - W 1997 roku podczas zawodów na torze „Sokołów” z Exeter, upadłem na pierwszym okrążeniu. To był klasyczny uślizg. Zanim się pozbierałem, rywale odjechali mi bardzo daleko. Ogarnęło mnie uczucie dzikiej radości i zabawy, więc zacząłem jechać cały dystans na jednym kole. Robiłem wheelie i machałem do publiczności. Nie zdawałem sobie sprawy co przeżywa w parku maszyn mój brat Nikki… Zawodnik wlokący się na trzecim miejscu, upadł w pewnym momencie, lecz wstał i zdołał przekroczyć linię mety przede mną. Gdybym nie robił sobie jaj i nie dźwigał bike’a robiąc wheelie, pewnie zdołałbym go wyprzedzić. Zjechałem do parku maszyn, a Nikki powiedział do mnie: zachowałeś się jak skończony fiut! Zaskoczył mnie, bo z reguły był małomówny… Zazwyczaj Nikki pełnił rolę kierowcy busa, ale tamtego wieczoru wręczył mi kluczyki mając obrażoną minę i powiedział: prowadzisz auto aż do samych drzwi domu w Ipswich. Przez ciebie w meczu padł remis. Gdybyś nie robił z siebie pajaca, zespół Exeter odniósłby zwycięstwo. Nigdy więcej nie rób z siebie pośmiewiska. Zapamiętałem jego słowa i już nigdy tak nie postąpiłem… – wyznaje Leigh.

Godziny spędzone za kółkiem scaliły braci. Kiedy czasami Nikki nie mógł być w parku maszyn z Leigh, czegoś brakowało. Duch ulatywał… - Dość osobliwe uczucie, ale kiedy Nikkiego nie było ze mną w trakcie zawodów, czułem się jakbym był bez jednej ręki. Z konieczności sięgałem czasami po innych mechaników, ale to nie było to… Nikki był fantastycznym kompanem. Spędziłem z nim dwie dekady w trasie. Nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze mogłem na niego liczyć. Brał urlop, żeby pracować przy moich motocyklach. I wiesz co? Nikki był idealny, bo nie musiałem mu płacić pensji! – zaśmiewa się Leigh Lanham. 

I na tym polega pełny wymiar szczęścia. Kończysz karierę sportową, piszesz nowy rozdział przy akompaniamencie frytek i oleju, a cały czar polega na tym, że masz do kogo otworzyć usta i jest co wspominać…

źródło: inf. własna
Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Tomasz Lorek: Frytki, ryba, ocet i Wiedźmy z Ipswich

Tomasz Lorek: Frytki, ryba, ocet i Wiedźmy z Ipswich

Tomasz Lorek: Frytki, ryba, ocet i Wiedźmy z Ipswich

0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 1.1096 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl