REKLAMAspeedway hero
REKLAMAeWinner Banner

Ułańska szarża (37): Pęknięte niebo

Felietony

  wydrukuj podstronę do DRUKUJ29 listopada 2020, 18:19
Zenon Plech

Zenon Plech (fot. Patryk Kowalski)

Smutny ten 2020. Wystarczyłoby już, losie, to, że taki niepełny ten sezon, taki niedokończony, i z niesatysfakcjonującym finałem w postaci nieszczęsnego Speedway of Nations (piękny stadion w Lublinie, tylko bez kibiców i bez toru do ścigania, i jeszcze bez pogody). Ale nie, los jest okrutny, więc w ciągu jednego roku odebrał nam jeszcze dwa wielkie nazwiska polskiego żużla: Jerzego Szczakiela i Zenona Plecha.

Jestem za młoda, by pamiętać występy Szczakiela i Plecha, ale nie przeszkodziło mi to dorastać żużlowo w cieniu ich nazwisk. Dwie legendy, dwaj medaliści Indywidualnych Mistrzostw Świata (choć tylko jeden z nich został mistrzem – ale to, zdawałoby się, jedynie błąd rzeczywistości), dwaj zawodnicy, którzy na długo po zakończeniu kariery wciąż trwali przy żużlu, służąc radą i komentarzem. Filary. Nie czuję się kompetentna, by ich wspominać – inni zrobią to lepiej i z prawdziwym znawstwem. Ale i mnie, i całe pokolenie kibiców „po mnie” też – śmierć dwóch wielkich dotknęła i nas. Zupełnie tak, jak niezależnie od wieku przeżywaliśmy śmierć Ivana Maugera dwa i pół roku temu.

Legendy są przecież wieczne. Legendom wręcz nie wypada tak po prostu umierać, jak zwykłym ludziom. Mistrzowie – to historie nieśmiertelne, prócz, ma się rozumieć, tych, którzy oddali życie na torze. Zdawać by się mogło, że kibicowski umysł pojmuje tylko ten rodzaj śmierci wielkich, a wszystkie inne, życia oddane w dumnym, podeszłym wieku, na łóżku, wskutek choroby lub starości – to jakieś nie do końca śmierci, nieprawdziwe i odwracalne. Nie wiem, jak wy, ale ja czasem wciąż się łapię na tym, że nie przyjęłam do wiadomości, że Maugera już na tym świecie nie ma. W żużlu go nie ma, jasne, ale przecież nie umarł. Przecież jest wieczny, tak jak wieczna będzie jego legenda. I pewna jestem, że to samo odniesie się do Szczakiela i Plecha, tym bardziej, że przecież znam ich twarze – tyle razy widziałam ich na telewizyjnym ekranie, a czasem nawet na żywo…

Możemy sobie pogratulować tego, w jakich czasach żyjemy. Mogliśmy widzieć i słyszeć Szczakiela i Plecha, mogliśmy trwać w cieniu żywej legendy Ivana Maugera. A jednocześnie: egzystujemy w czasach Golloba i Zmarzlika, w czasach sześciu złotych medali Rickardssona, w czasach wielkiej reprezentacji Polski (tej samej, pod którą fundament położyli, sami o tym nie wiedząc, dawni bohaterowie). Będzie co wspominać za wiele lat, tylu historycznym momentom świadkowaliśmy. Smutek po stracie mistrzów miesza się z poczuciem dumy i radości, że żyli w tym samym mgnieniu świata, co i my.

Ale oprócz tej wielkiej, legendarnej strony dawnych żużlowych herosów mamy i tę prywatną, o której tak często się zapomina w zalewie świeczek w komentarzach i pragnienia, by każdy mógł pożegnać idola. Piękne są te wszystkie wspomnienia o Zenonie Plechu, które miałam okazję czytać. Wyważone, ciepłe, osobiste. To wspomnienia nie o legendzie, ale o człowieku. Przy wszystkich sportowych osiągnięciach Plech był bowiem po prostu człowiekiem – i człowiekiem pozostał. Śmierć dopadła go w wyjątkowo złym momencie – ponieważ choć wszystkie śmierci są nie w porę, to niektóre bardziej od innych. W obliczu pandemii Plech nie otrzymał należytego pożegnania, na taką skalę, na jaką zasługiwał. Ale jednocześnie może ten bardziej kameralny pogrzeb pokazuje paradoks, z którym mówimy o sportowych legendach: są one jednocześnie brązowymi herosami dla wielu i zwykłymi, bliskimi ludźmi – dla nielicznych. Dobrze pamiętać właśnie o tych niewielu, którzy pozostali, i im też okazać wsparcie w tak trudnych chwilach.

Może to i dobrze, też paradoksalnie, że tego samego dnia, co Zenona Plecha, pożegnaliśmy też Diego Maradonę. Argentyńska legenda piłki nożnej zajęła tak wiele „czasu antenowego”, że wśród wspomnień o Plechu wybrzmiewały tylko te, które naprawdę warto, by wybrzmiały. A między nimi – najważniejsze i najbardziej poruszające pożegnanie: krótki wpis syna, Krystiana Plecha, człowieka, który już bardzo dużo zrobił dla rozwoju żużla nie tylko w Polsce.

Po dawnym mistrzu pozostanie, wiem to na pewno, nie tylko pamięć o wyjątkowych biegach i medalowych szansach, nie tylko krążki i puchary, ale też właśnie czyn. To, co zaczął ojciec, syn kontynuuje – w innej roli, w innych warunkach, ale z godnym pozazdroszczenia zaangażowaniem. Niech to będzie ta ciepła, pełna nadziei myśl w trudnych dla całego żużla dniach.

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Ułańska szarża (37): Pęknięte niebo

Ułańska szarża (37): Pęknięte niebo

Ułańska szarża (37): Pęknięte niebo

Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News

Obserwuj nas!

0Komentarze

Dodawanie komentarzy tylko dla zalogowanych. Kliknij tutaj aby się zalogować lub zarejestruj się.

Portal www.speedwaynews.pl/ nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe lub naruszające prawo będą usuwane. Zapraszamy zainteresowanych do merytorycznej dyskusji na powyższy temat.

Treść niezgodna z regulaminem została usunięta. System wykrył link w treści i komentarz zostanie dodany po weryfikacji.
    Nie ma jeszcze komentarzy...
Artykuł załadowany: 0.9078 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl