Greg Hancock. Mentor, mistrz... ze statywem pod pachą

Greg Hancock

Greg Hancock (fot. Roman Biliński)

Wrocław. Stadion Olimpijski. Murawa na wysokości wejścia w drugi łuk agrafki, na której ścigają się żużlowcy Betard Sparty Wrocław. Na sztucznej nawierzchni, na której swoje mecze rozgrywają "drapieżne" Pantery - zawodnicy futbolu amerykańskiego, leżą dwie kamery, statywy, mikrofony i plecaki. Jest nas czwórka. Nagle jeden z nas podnosi statyw i kamerę z chęcią kierowania się w stronę parku maszyn.

To było już po nagraniu wywiadu, kiedy operator powiedział "basta".  Nasza pozostała trójka patrzy na siebie. Z pozoru błaha sprawa, gdyby nie fakt, że tym niedoszłym tragarzem był czterokrotny indywidualny mistrz świata na żużlu, jedna z największych legend w historii speedwaya - Gregory Alan Hancock.
 

Oczywiście nie pozwoliliśmy Gregowi, żeby cokolwiek dźwigał - kindersztuba Amerykanina była jednak zdumiewająca, jak na kogoś kto mógłby potraktować nas po "gwiazdorsku" i po prostu pożegnać się salutując w czapeczkę z napisem "Monster Energy". Ale nie Greg. To człowiek ulepiony z innej gliny. Gdybyśmy nie wiedzieli, że to ikona czarnego sportu, pomyślelibyśmy, że to zwyczajny chłopak z osiedla - skromny, wrażliwy, umiejący słuchać i przełamywać wszelakie bariery. Dla Grega nieważne czy spotykasz go pierwszy, drugi czy tysięczny raz - szacunek do drugiego człowieka przede wszystkim - "respect comes first". Tego nie da się "kupić" przed kamerą lub na salonach. To trzeba wynieść z domu. A "Herbie" oprócz książki sześciokrotnego indywidualnego mistrza świata - Ivana Maugera "The will to win", zabiera ze sobą do samolotu również walory wyniesione z kalifornijskich pieleszy - dystans, luz i wspomniany szacunek.
 

Co istotne, Greg jako czynny zawodnik nie różnił się niczym, od Grega, który zawiesił kewlar na haku. Ktoś w tym momencie może przytoczyć jego różne historie - jak chociażby tę ze Szwecji, kiedy to wściekły obalił na ziemię Nickiego Pedersena, po tym jak Duńczyk ostro potraktował go w trakcie wyścigu. Sam legendarny wojownik UFC Conor McGregor nie powstydziłby się takiego obalenia... Żużel to jednak sport dla niegrzecznych chłopców. Kto chce być mistrzem świata i wspinać się na speedwayowy olimp, musi czasami pokazać swoją mroczną stronę. A jeżeli znajdzie się żużlowiec, któremu nigdy nie puściły nerwy, niech pierwszy rzuci kamieniem.
 

Dwudniowe spotkanie z Gregiem było okazją do rozmów na wiele tematów. Wspomnienia z czasów, kiedy ścigał się z "Lwem" na piersi jako rajder Włókniarza Częstochowa wciąż przywołują błysk w oku czterokrotnego czempiona globu. "Marian Maślanka to był gość. Wydaje mi się, że jego zasługi dla Włókniarza zostały dopiero docenione, kiedy odszedł z klubu. Często brał na siebie odpowiedzialność w najtrudniejszych chwilach. Prawdziwy prezes. Mieliśmy wtedy niezłą ekipę - był Nicki, ś.p. Lee Richardson, młody Tai, Seba Ułamek i Tomasz "Gapa" Gapiński. Jak my wtedy nie zdobyliśmy złota? - zdjął czapkę Greg i podrapał się po głowie. Hancock w barwach Włókniarza jeździł w latach 2006 - 2009 i zdobył srebrny oraz brązowy medal DMP. O Marianie Maślance, pieszczotliwie nazywanym przez Sławomira Drabika "Kefirem" Greg zawsze wypowiada się w samych superlatywach.
 

Z Gregiem można porozmawiać na wszelakie tematy - od muzyki i ACDC, po speedrower i Szarżę Wrocław. "Mam wielki szacunek do tego sportu, bo wiem ile tam trzeba się napedałować" - mówił z rozbrajającą szczerością Amerykanin, który przed wywiadem z Tomaszem Lorkiem w swoim stylu zażartował "Czuję stres, to będzie mój pierwszy wywiad telewizyjny".
 

Wielu z nas wciąż widziałoby Grega na torze, rywalizującego w PGE Ekstralidze. Co o tym sądzi sam zainteresowany, który w wieku 48 lat był piątym żużlowcem globu? "Patrząc z boku czasami sobie myślę, że dałbym jeszcze radę wygrać nie jeden bieg w Ekstralidze. Spędzając czas z młodymi ludźmi, czuję się jakbym był ich rówieśnikiem. Dopiero potem uświadamiam sobie "Greg, powinieneś jednak trochę odpuścić (śmiech)".
 

Grega Hancocka na torze w roli zawodnika już nie zobaczymy, ale Amerykanin nadal udziela się w czarnym sporcie - w roli mentora, kogoś kto będzie umiał powiedzieć młodemu zawodnikowi nie tylko jak ma poruszać się po torze, ale również jakie wartości należy sobą prezentować. Wielkie brawa należą się włodarzom Betard Sparty Wrocław, że namówili Grega do pracy w klubie, dzięki czemu speedway wciąż może wiele czerpać od Amerykanina, przyglądając się oraz podziwiając jak udziela rad w kontekście żużlowych technikaliów lub dźwiga statyw od kamery...
 

Źródło: inf. własna


Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News

Obserwuj nas!
Artykuł załadowany: 1.3369 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl