REKLAMAYT
REKLAMAwosp

Tomasz Lorek: Ole Olsen - wizjoner, który nie bał się strzyc trawy

Tomasz Lorek

Tomasz Lorek (fot. Patryk Kowalski)

Ruchome schody pędzące przez zakamarki lotniska Barajas w Madrycie nabrały blasku. Pomimo listopadowej pory, słońce nie oszczędzało przestronnego gmachu. Znajoma twarz uśmiechnęła się i zagadnęła mnie: „Hej Tomasz, tylko nie mów mi, że pracujesz dla motorowej federacji. Z tego nie da się wyżyć, do stu diabłów!”

Ole Olsen nie potrafił zmusić się do milczenia widząc mnie w towarzystwie Andrzeja Witkowskiego i Michała Sikory. „Ole, nie śmiem wątpić w twoje słowa, ale podejrzewam, że wszystko zależy od miejsca zajmowanego w hierarchii” – odpowiedziałem trzykrotnemu indywidualnemu mistrzowi świata.

Duńczyk wracał do domu z gali FIM, która wówczas odbywała się w ojczyźnie flamenco, a zarazem kultowej lokalizacji wyścigu serii Moto GP: Jerez de la Frontera. Bartosz Zmarzlik łowił wówczas pierwsze szlify jako wschodząca gwiazda speedwaya i indywidualny mistrz świata juniorów, a Ole odbierał nagrodę za wieloletni wkład w rozwój żużla na świecie. Legendarny Duńczyk, wciąż z niesłabnącym zacięciem do sarkastycznych uwag, wyglądał zgoła inaczej aniżeli wtedy, gdy Mike Parker rozkazał mu kosić trawę zamiast puszczać sprzęgło w barwach Newcastle Diamonds!

Mike Parker był biznesmenem ze smykałką do żużlowych widowisk. Pochodził z Manchesteru, lecz nie lubił zawężać pola działania do okolic Hyde Road Stadium. Zarządzał speedwayem w Liverpool, Stoke, Bradford, Middlesbrough i Newcastle. Nie lubił mówić po próżnicy, wolał tworzyć. Parker ocalił od zapomnienia wiele angielskich torów, a dla Olsena był człowiekiem, który trzymał się danego słowa.

Kiedy młody, nieopierzony Ole zjawił się na Wyspach, nie mógł doczekać się chwili kiedy puści klamkę w barwach Diamonds. Jakież było zdziwienie Olsena, kiedy wylądował w domu Mike’a Parkera w skromnym pokoiku i zamiast pokonywania wiraży, usłyszał precyzyjną komendę: „jutro elegancko przystrzyżesz mój trawnik!”

Cóż było czynić… Ole odbył błyskawiczny kurs posługiwania się maszyną do strzyżenia trawy w przydomowym ogrodzie Parkera. Po chwili Olsenowi zaczęła się podobać owa czynność, a Mike widząc zaangażowanie Duńczyka, rzekł: „widzę, że na wolniutkim sprzęcie nieźle sobie radzisz, więc z czystym sumieniem dam ci jutro pod tyłek coś szybszego” – szelmowski uśmiech Parkera dominował nad świeżo przyciętymi źdźbłami trawy…

Olsenowi zaiskrzyły oczy: kosiarkę do trawy zamieni na motocykl żużlowy! „Przez te wszystkie lata kiedy Mike Parker był moim szefem w Newcastle czy w Wolverhampton (1967 – 1976), czułem, że ktoś się mną opiekuję. Mam opinię twardziela, bo jestem Skorpionem, lecz nade wszystko cenię ciepło i empatię. W Anglii miałem szczęście do rzeczowych, acz sentymentalnych i opiekuńczych promotorów. Cenię konkret w działaniu, ale ważne dla mnie jest to kim jest i jakie wartości prezentuje mój szeryf bądź osoba, z którą współpracuję. Kiedy przeszedłem do Coventry, trafiłem na bardzo konkretnego faceta pod szyldem Charles Ochiltree. Przy nim jeszcze bardziej zmężniałem” – wyznaje Ole.

Mike Parker miał słabość do Duńczyków i utrzymywał dobre relacje z duńską federacją motocyklową. „Pamiętam, że gdy u niego mieszkałem, Mike pokazywał mi list, który wystosował do mojej rodzimej federacji z prośbą o wysłanie ośmiu – dziesięciu zdolnych chłopaków na obóz szkoleniowy do Anglii. W 1967 roku 8 czy może 9 z nas przyjechało do Belle Vue, gdzie wykłady przeprowadzał Ivan Mauger. Ivan ścigał się u Parkera jako gwiazda Newcastle Diamonds, a że Nowozelandczyk był pracowitym człowiekiem, przeto dorabiał jako trener. Spędziłem tydzień na torze Asów z Belle Vue Manchester. Momentami było pioruńsko zimno, szczękałem zębami, ale sporo się wtedy nauczyłem. Do Danii powróciłem znacznie mądrzejszy w zakresie speedwaya. Wyjazd do Anglii otworzył mi oczy” – twierdzi Olsen.

Mijały tygodnie i cisza zagościła w słuchawce, lecz… Mike Parker nie rzucał słów na próżno. Po wnikliwej analizie, uznał, że warto zaprosić Ole do jazdy w barwach Newcastle. „Przez moment myślałem, że Mike żartuje, bo lubił psocić i na wszelki wypadek upewniłem się, że chodzi o Olsena z Danii, a nie Ole Olsena z Norwegii, który był znanym kompozytorem muzyki klasycznej!” – śmieje się król speedwaya.

Początkowo Mike Parker planował sprowadzić na Wyspy Kurta Bogha, ale zasięgnął języka u Ivana Maugera, a Nowozelandczyk, który w okamgnieniu wychwytywał talent, wskazał na młodego Olsena. O ironio, po latach, tenże uczeń Maugera – Ole Olsena, potrafił go ograbić z tytułu IMŚ jak chociażby podczas porywającego występu na Wembley w 1978 roku kiedy Ivan upadł na tor nie wytrzymując zmasowanego ataku Olsena i Gordona Kennetta… Brutalny speedway… Sprzedajesz sekretną wiedzę i lądujesz na lodzie!

Kiedy Ole był jeszcze żużlowym żółtodziobem i otrzymał zaproszenie od Mike’a Parkera, nie dysponował majątkiem rzucającym na kolana. Na prom płynący z Danii do Harwich, młody Olsen zabrał nade wszystko marzenia o karierze sportowej. „Miałem jeden motocykl, małą walizeczkę i skrzynkę z narzędziami. Ten cały majdan załadowałem na prom i popłynąłem w świat… Parker wysłał do Harwich swoją prawą rękę – Eddie Glennona, ale chłop zagubił się w akcji, jego auto rozkraczyło się na drodze i byłem w kropce. Ledwo dopłynąłem do Anglii, a już miałem wracać do domu, bo pozwolenie na pracę miał w swoim aucie ów Eddie, a celnicy nie chcieli mnie wpuścić na ląd, skoro nie miałem odpowiednich papierów. Zasmuciłem się, bo groźba szybkiego powrotu do Danii była bardzo realna!” – wspomina Ole.

Olsen cierpliwie czekał na wybrzeżu aż biedny Eddie dotrze do portu w Harwich. Opłaciło się. „Anglia to szkoła życia. Kiedy już rozgościłem się u Mike’a i zadbałem o jego trawnik, zrozumiałem w czym rzecz. Parker lubił różnorodność. Nie pragnął, aby Anglia była zbiorem zamkniętym. Ściągał do swojej żużlowej szkółki talenty z całego świata, bo czuł podskórnie, że angielski kibic chce oglądać zawodników spoza Wysp. To znakomity pomysł. Czułem się w obowiązku podziękować Mike’owi za to, że uchylił mi drzwiczki do rozwoju talentu. Myślę, że godnie mu się odpłaciłem za lata cennej edukacji. Mike z ochotą sprowadzał do zarządzanych przez siebie klubów Nowozelandczyków, Australijczyków, Szwedów i Duńczyków. Mało tego – twierdzę, że gdyby nie wizjoner Parker, nigdy nie doszłoby do utworzenia stabilnej ligi brytyjskiej w 1965 roku. Parker był niczym generał, potrafił uformować zacne wojsko ze zbieraniny żołnierzy. Był rzeczowym gościem” – uważa Ole.

Surowe, acz sensowne zarządzanie? Owszem, Mike nie płacił sowicie za punkty, ale nie oszukiwał zawodników. „Dotrzymywał słowa. Nie zarabiałem fortuny u Mike’a, ale przenigdy nie było problemów z płynnością finansową. Parker był mądrym i zaradnym biznesmenem. Był właścicielem kilku luksusowych mieszkań w centrum Manchesteru. Nie skąpił na dobre warunki bytowe. Potrafił oddać mi Moss Side w ścisłym centrum, gdzie mieściły się jego biura. Ależ to był komfort dla takiego młodego chłopaka jak ja! Torbjorn Harryson też stacjonował u Mike’a. Kiedy usamodzielniliśmy się, Mike dał nam zniżkę za czynsz i płaciliśmy grosze za chatę w znakomitej lokalizacji. Chciał nas nauczyć szacunku do pracy i pieniędzy, dlatego nigdy nie był fanem rozdawnictwa czy nocowania kogoś za free. Potrafił zorganizować nam mieszkanka z garażem w tle, więc mogliśmy grzebać przy sprzęcie do woli. W sezonie dawał nam zarobić w swojej firmie, żebyśmy nie narzekali na brak grosza. Mike był porządnym gościem” – podkreśla Olsen.

Ole rozumie życie tułającego się po świecie żużlowca, więc do dziś ciepło wypowiada się o opiekuńczej małżonce Mike’a. „Mildred – żona Parkera była szalenie troskliwą kobietą. Prawdziwa angielska lady z dobrymi manierami, ale co najistotniejsze o wspaniałym sercu. Nigdy nie głodowałem, nie chodziłem brudny, zawsze poświęcała czas dla mnie. Zacna pani. Mike ciężko pracował na chleb, był sprytny, dobrze zarabiał, ale nie błyszczałby zawodowo, gdyby nie Mildred, która szykowała mu kapitalne śniadania, obiady, prała jego fraki etc. Prawie zawsze czułem się bezpiecznie u boku Mike’a… Mówię prawie, bo bałem się kiedy kilka razy zabrał mnie na przejażdżkę swoim Mercedesem. Mike Parker na krętych angielskich szosach zamieniał się w Stirlinga Mossa, udawał kierowcę wyścigowego. Miał niespełnione marzenia o wyścigach F1, więc drżałem jako pasażer, że skończymy jazdę na przydrożnym drzewie!!! Mike jeździł bardzo szybko…” – wspomina Olsen.

Ole zawsze imponował spostrzegawczością i zmysłem do obserwacji. Lata spędzone u boku Parkera, a potem pod batutą Charlesa Ochiltree w Coventry, wykształciły w nim żyłkę przedsiębiorcy, gdy otwierał tor w Vojens w 1976 roku. „Pobierałem lekcje biznesu u Mike’a. Za co go najbardziej cenię w interesach? Za odwagę. Mike Parker nauczył mnie, że najważniejsza jest odwaga w szaleństwie. Biznes to próbowanie nowości, a ja dzięki niemu nauczyłem się, że w interesach, jak na torze, nie wolno zwalniać na wejściu w łuk. Od Charlesa Ochiltree nauczyłem się z kolei troski o przyszłość. Kiedy Charles zaproponował, że będzie sam wpłacał 1000 funtów na moje ubezpieczenie, zaoponowałem, bo wolałem kupić nowy gaźnik albo pójść na tańce z dziewczynami. On umiał przewidywać i wolał zapłacić sam za moje ubezpieczenie, bo wiedział, że my, żużlowcy, wydamy gotówkę na inne cele niż troska o przyszłość. Za to jestem mu wdzięczny. Młody człowiek nie myśli o tym co wydarzy się za kilka lat. Parker był z kolei krwistym twórcą, który potrafił liczyć pieniądze, ale wiedział też, że żużel to rozrywka, a on potrafił zrobić ze speedwaya dobrze prosperujący showbiznes. Mike lubił tworzyć miejsca pracy dla ludzi, a dzięki jego wizjom, wiele osób wydostało się z marginesu społecznego. Dobry człowiek. Nie żył samą ligą, organizował imprezy indywidualne, bo chciał dać zarobić na chleb toromistrzom, obsłudze restauracji etc. Z pewnością Mike Parker odcisnął solidne piętno na kształcie angielskiego żużla. Miałem sporo szczęścia, że trafiłem na Wyspy pod skrzydła tak ciekawego jegomościa jak Parker. Śmiem twierdzić, że nie byłoby moich trzech tytułów IMŚ, gdyby nie rozmowy z Parkerem i nauka życia u jego boku. Sam talent do jazdy na motorze to nie wszystko. Tej maksymy też nauczyłem się od Mike’a” – wspomina Olsen.

Trzy tytuły indywidualnego mistrza świata… Któż z młodych chłopaków napędzanych adrenaliną nie marzy o złotych krążkach, wiwatujących tłumach i trofeach? Debiut Ole Olsena w finale światowym przypadł na sezon 1970. Duńczyk był naocznym świadkiem bezprzykładnego triumfu Ivana Geralda Maugera na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. Nowozelandczyk zgarnął trzeci złoty medal rok po roku!!! „Miałem ogromne problemy z nitrometanem. 1970 rok był ostatnim sezonem, w którym mogliśmy stosować domieszki nitro z paliwem. W kolejnym sezonie światowa federacja (FIM) zabroniła stosowania nitrometanu w imprezach rangi MŚ. Nigdy nie eksperymentowałem z nitrometanem w lidze angielskiej, w której był on dozwolony znacznie dłużej. Ivan Mauger był mistrzem w zakresie reakcji chemicznych i wiedział jakie proporcje stosować. Kiedyś uronił rąbka tajemnicy i tak sprytnie połączył nitrometan z paliwem, że dzięki jego chemicznym zlewkom wygrałem mistrzostwo Danii w 1967 roku. Ivan, Briggo i zgrana paczka australijskich żużlowców wiedziała co czynić i doskonale wyznawała się w kruczkach idealnie dobierając proporcje. Ludzie z półkuli południowej mają szósty zmysł w tym zakresie… Na poziomie ligowym Ivan mógł mi zdradzić kilka patentów, ale podczas mistrzostw świata nie ma przyjaciół… I trzeba się tej prawdy dość szybko nauczyć. Lepiej się funkcjonuje z tą świadomością. We Wrocławiu mój silnik był bardzo wolny, momentami wręcz dławił się. Nie posiadałem wiedzy na temat tego jak odczytywać prawidłowo poziom wilgotności powietrza, a brak wiedzy szkodzi…” – wyznał Ole Olsen.

Nie on jeden miewał takie problemy 6 września 1970 roku we Wrocławiu. Trevor Hedge przywiózł do stolicy Dolnego Śląska egzemplarz londyńskiego silnika: JAP. Przez trzy okrążenia drugiego wyścigu wszystko układało się po myśli Hedge’a. Anglik prowadził przed Ole Olsenem, Walerijem Gordiejewem i Hansem Jurgenem Fritzem. „Wiem, wiem, ostatnim zawodnikiem, który użył konstrukcji JAP w finale światowym był mój kolega z Wimbledon Dons – Nowozelandczyk Ronnie Moore – rok później na Ullevi. Lubiłem eksperymentować i założyłem nowiutki korbowód BSA Gold Star w silniku JAP-a, ale obroty były tak wysokie, że błyskawicznie opróżnił paliwo z gaźnika. To był pechowy finał. Zero punktów i świadomość, że nie mogłem zabrać ze sobą małżonki Pam, która była wtedy w piątym miesiącu ciąży” – wyznaje Trevor.

Ole po dziś dzień uważa, że pomimo nieudanego debiutu w finale IMŚ’70 we Wrocławiu, sięgnął po złoty medal szybciej niż zakładał, bo już w drugim podejściu w Goeteborgu w 1971 roku! „Odkąd usiadłem na motocyklu z silnikiem o pojemności 50 centymetrów sześciennych, a miałem wówczas 14 lat, marzyłem o tym, aby zakwalifikować się do finału światowego. W następnym roku chciałem zmieścić się w pierwszej piątce, w trzecim występie w finale IMŚ pragnąłem podium, a dopiero w czwartym sięgnąć po prymat! Tymczasem miałem 24 lata i już miałem w kolekcji złoto z Ullevi. Według mnie o rok za wcześnie… Pogubiłem się nieco po tym zwycięstwie w Goeteborgu. Młody człowiek nie dojrzewa zbyt szybko” – uśmiecha się Ole.

Mauger wypatrzył i dostrzegł ogromny talent Olsena. „Byłem nieopierzonym młokosem, który miał mleko pod nosem. Wszystko co robił Ivan było boskie. Przeskoczył swoją epokę o lata świetlne. Był mistrzem psychologii, nowatorski, zaradny, dociekliwy, cwany, mądry. Nosił wszystkie przymioty wielkiego mistrza. Uczyłem się od niego jako niepewnie stąpający po ziemi 19-latek, ale czułem też, że presja musi dopaść nawet tak wielkiego championa jak Ivan” – twierdzi Duńczyk.

Ole Olsen oglądał finał IMŚ z trybun Ullevi w 1966 roku. Ivan ukończył wówczas zawody na czwartym miejscu. „Kiedy poznałem bliżej Maugera, nie chciałem, żeby czuł, że wciąż go męczę licznymi pytaniami. Zaoferowałem mu swoją pomoc podczas turniejów w Danii. Ivan spał wówczas u moich przyjaciół. Pragnąłem, żeby nie postrzegał mnie jako pijawki, która chce tylko chłonąć wiedzę od wielkiego mistrza” – zaśmiewa się przebiegły lis Ole.

Zimę na przełomie 1970 i 1971 roku Olsen spędził w Australii. Zrozumiał, że do walki o najwyższe laury będzie potrzebował rozległego doświadczenia. „Australia pozwoliła mi lepiej pojąć na czym polega jazda na dużych torach. Przed przylotem do Down Under, zbyt szybko składałem przed wejściem w wiraż. Włócząc się po australijskich bezdrożach, pojąłem, że muszę nieco skorygować swoją sylwetkę na starcie. Na każdym torze, na którym przyszło mi się ścigać, szukałem nowych ścieżek, nowych rozwiązań. Wyprawa do Australii była bardzo cenną lekcją” – twierdzi Olsen.

Z pewnością Ole był nastrojony optymistycznie, nie tylko dlatego, że Australijczycy to kraj ludzi z pozytywną energią, lecz nade wszystko dlatego, że wraz z nim podróżowała małżonka Ulla. „Żona u boku to skarb. Ponadto spędziłem mnóstwo tygodniu na kąpielach słonecznych. Myślałem, że w Australii nie pada deszcz, ale czasami nawet tam pada! Wstawałem rano, sporo biegałem, pływałem, straciłem na wadze i wreszcie mogłem o sobie powiedzieć: jestem wysportowany! W listopadzie podjęliśmy decyzję o powrocie do Liverpool. Nie chcieliśmy wracać do Danii. W Anglii miałem mnóstwo przyjaciół. Bardzo lubię wyspiarski klimat, a puby mają swój urok. Próbowałem ściągnąć na Wyspy rodaków. W owym czasie czynnie uprawiało speedway w Danii może ze 150 chłopaków, istniały dwie ligi. Jarałem szlugi, lecz w porę zrozumiałem, że muszę rzucić palenie jeżeli marzę o laurach i tytułach IMŚ na żużlu!” – śmieje się Ole.

Do Danii Olsen „wyskoczył” na 10 dni, ale tylko po to, aby załatwić formalności ze sprowadzeniem do Anglii 3 nowiutkich motocykli ESO. „Wyeliminować błędy: zrozumiałem, że droga do mistrzostwa polega na unikaniu pomyłek. Często zasypywałem pytaniami Ivana Maugera, a sporo mil przemierzyliśmy podczas dwóch lat włóczęgi na rozmaite angielskie tory. Chciałem jak najwięcej wiedzieć i marzyłem o tym, aby mieć perfekcyjny sprzęt: jak Ivan” – prawi Ole.

Olsen nigdy nie wahał się sięgać po marzenia. W 1971 roku z energią rozpoczął eliminacje do finału IMŚ błyszcząc na Selskoo Speedway Stadium nieopodal Hillerod. Finał Nordycki był ważną przepustką do kolejnej rundy: lipcowej potyczki w Glasgow. „Marzyłem się spocony w nocy. Rozmyślałem o różnych scenariuszach: jeżeli nie wygram Finału Nordyckiego, prasa będzie psioczyć – wcale nie jest taki mocny ten Olsen. Jeżeli wygram, wówczas napiszą: no tak, tego można się było spodziewać. Zgubiłem jeden punkt, trzy razy strzeliłem ze startu. Dobrze pojechał Reidar Eide (12 punktów). Punkt straciłem, żeby wprowadzić do Glasgow kolegów: Kurta Bogha i Benta Norregaarda. Wysadziliśmy z siodła Norwega: Odda Fossengena. Z dziesięcioma punktami nie miał szans na awans!” – uśmiecha się szelmowsko Ole.

Ulla, małżonka Olsena nie mogła oglądać jego triumfu w Finale Nordyckim. Ole poprosił ją, żeby została w domu, bo siostra Olsena – Alice – miała tego dnia termin porodu. „Lepiej zostań w domu, kochanie, a dla świętego spokoju zaproś jeszcze moją babcię Grethę, która ma doświadczenie w tej materii” – Ole zręcznie zarządzał zasobami ludzkimi…

Co działo się w głowie Olsena, kiedy zadawał pytanie Ivanowi w drodze na wyjazdową potyczkę Newcastle Diamonds w latach: 1967-68? „Ivan udzielał mi trzech różnych odpowiedzi na to samo pytanie. Kiedy Ivan na jedno pytanie udzielał dwóch tych samych odpowiedzi, wówczas myślałem: hm, muszę być bliski prawdy. Nowozelandczyk znał mnie na wylot. Zawsze łączyła nas ogromna zażyłość. Opracowaliśmy rytuał przed ważnymi zawodami. Tuż przed pojawieniem się w tunelu, uścisnęliśmy sobie dłoń i wypowiadaliśmy maksymę: cóż, zamierzam wygrać turniej, ale jeżeli mi się nie uda, to wolę, żebyś ty wygrał. Nazywałem Ivana „Sprouts”, a on na zawsze pozostanie dla mnie legendą żużla. Nikt nie uczynił tyle dla wypromowania speedwaya co Ivan Mauger” – zamyślił się Ole.

10 września 1971 roku na stadionie Ullevi w Goeteborgu, Ole Olsen łyknął zimnego piwa tuż po tej magicznej chwili gdy został mistrzem świata w wielkim stylu. Olsen zdobył komplet – 15 punktów! „Słyszałem doping angielskich fanów z Wolverhampton. Czułem przed zawodami, że jestem w stanie pokonać Ivana nawet jeżeli przegram z nim start. Tego wieczoru tor był bardzo twardy, a łuki były źle wyprofilowane, ale nikomu tego nie zgłaszałem. W trzynastym wyścigu jechałem z Maugerem, Perssonem i Boocockiem. Jakbym powtórzył z Nowozelandczykiem wyścig z Finału Europejskiego na Wembley. Ivan nie wiedział, z której strony go zaatakuję. Na ostatnim wirażu wszedłem mu dynamicznie pod łokieć, a Ivan zupełnie się tego nie spodziewał. Mauger miał nade mną solidną przewagę po koszmarnym puszczeniu sprzęgła przeze mnie. Jednak nauczyłem się walczyć jak lew o każdy fragment toru i na ostatnim wirażu okazałem się bardziej przebiegły od Ivana” – wyznał Ole.

Drugi łyk zimnego piwa dla Olsena… „Odrzuciłem propozycję jazdy na Wyspach tuż po zdobyciu złota. Nie dlatego, że przestałem pałać miłością do Anglii. Wprost przeciwnie: gdybym zgodził się na start w King’s Lynn, Reading i Coventry zarobiłbym lekką rączką 300 funtów, a w latach 70-tych był to spory zastrzyk gotówki. Chciałem, aby mój pierwszy mecz w Anglii po złotym występie w Goeteborgu miał miejsce w Wolverhampton. Tylko w ten sposób mogę podziękować Billowi Bridgettowi za wszystko co dla mnie uczynił” – wspomina Duńczyk.

Olsenowi wyprawiono przyjęcie w rodzinnej Danii. Gdyby zaniechał podróży do ojczyzny, mógłby podjąć trud jazdy w Reading i Coventry, ale to nie wchodziło w rachubę. „Nigdy nie zawiódłbym angielskiej publiczności. Za bardzo ich szanuję. To koneserzy speedwaya i ludzie kochający oraz co ważniejsze rozumiejący sport. Z Wolverhampton na finał na Ullevi przyleciało wówczas około 2500 fanów…” – twierdzi Ole.

To był wyjątkowy tydzień dla Danii. Olsen został pierwszym Duńczykiem, który sięgnął po tytuł mistrza świata w sportach motocyklowych. „Czyste szaleństwo ogarnęło Danię. Jesteśmy małym krajem, ale jakżeż usportowionym. Na przestrzeni jednego tygodnia dziewczyny z duńskiej reprezentacji Danii wygrały futbolowy Puchar Świata w Meksyku na oczach 110 000 widzów, a ja sięgnąłem po pierwsze złoto dla Danii w historii sportów hałasujących!” – zaśmiewa się nie kryjąc dumy Ole Olsen.

Życie sportowca, nawet wybitnego, to nie tylko pasmo sukcesów. Ole liznął również bolesnych chwil. Trzy lata po zdobyciu tytułu mistrza świata, Olsenowi nie udał się start na Ullevi. Kiedy 6 września 1974 roku Anders Michanek radował się ze złotego medalu, Olsen zaparkował pod bandą w swoim drugim starcie. „Pamiętam ten bieg jakby to było wczoraj. Soren Sjosten wystartował z wewnętrznej, wypchnął Ivana Maugera na środek, a dla mnie zabrakło już miejsca. Poczułem okropny ból kości piszczelowej, bo zawadziłem o drewnianą bandę na pierwszym wirażu. Szczepiliśmy się kierownicami z Ivanem. Nie było w tym niczyjej winy. Każdy walczył o jak najlepszą pozycję na pierwszym łuku. Słyszałem, że sędzia Tore Kittilsen podejrzewał mnie o symulowanie poważnej kontuzji. Nie obchodziło mnie co myśli o mnie sędzia. Uraz był na tyle poważny, że musiałem operować nogę w Niemczech. Ponadto wycofałem się z MŚ na długim torze i z zawodów na Wyspach, bo chciałem się porządnie wykurować. Poprzysiągłem sobie, że w kolejnym roku udowodnię tym wszystkim, którzy pokątnie szeptali, że nie zasłużyłem na tytuł w 1971 roku, bo niby miałem farta, że Olsen zasługuje na więcej niż jeden złoty medal…” – twierdzi prawdziwy wojownik torów.

6 września 1975 roku 85 000 fanów zasiadło na trybunach Wembley, a Ole Olsen przytulił nagrodę w wysokości 1000 funtów za bezbłędną jazdę. 15 oczek – imponujący wynik! „Miałem atomowe starty tego wieczoru. W zasadzie poza pierwszym wyścigiem, w którym trochę zaskoczył mnie zawodnik ze Związku Radzieckiego – Wiktor Trofimow – prowadząc ze mną przez ¾ kółka, wszystko szło jak po maśle. Oświetlenie nie było idealne na Wembley, trochę zrzędziłem, aby wywołać sztuczną burzę, a uciec rywalom z pola uwagi. Wieczór przed finałem na Wembley, ścigałem się w meczu ligowym w Wolverhampton. Po meczu wziąłem prysznic, poszedłem szybko spać. Rano zjadłem lekkie śniadanie, wsiadłem do auta. Spokojnie pojechałem w stronę Londynu. Zarezerwowałem sobie Motel Esso blisko stadionu Wembley i czułem, że motocykle, które sprawdzałem w Wolverhampton, będą mnie niosły” – Ole cofnął się wehikułem czasu o 46 lat…

Po drugim triumfie w finale IMŚ, Ole zasłynął stwierdzeniem: „Nie twierdzę, że jestem lepszy niż reszta żużlowców na świecie, ale wiem, że jestem tak samo dobry w te klocki jak światowa czołówka…” – inteligentnie ujął rozbudzone aspiracje.

To co wydarzyło się 2 września 1978 roku w czwartym wyścigu finału IMŚ było prawdziwym klejnotem. Olsen i Gordon Kennett (Anglia) rzucili się jak wściekłe bestie w pościg za Maugerem. Do roli statysty został sprowadzony skądinąd bardzo solidny Australijczyk John Titman. Mauger upadł, lecz sugerował, że podciął go Gordon Kennett. Olsen szalał po zewnętrznej. Ten wyścig rozgrzał do czerwoności 86 500 widzów. Norweski sędzia Tore Kittilsen nie wziął pod uwagę protestu płynącego ze strony Nowozelandczyka. Wykluczenie Ivana przekreśliło jego marzenia o kolejnym medalu. Ole eksperymentował z oponami. Pirelli dała mu gigantyczny zastrzyk wiedzy. „Szepnąłem do mojego mechanika Sorena, że w kolejnym wyścigu zmieniamy oponę na Dunlopa i idziemy ząb wyżej” – Ole nie ukrywa, że żonglerka oponami to po części zasługa jego wiecznie niespokojnego umysłu i wzorowej opieki autorstwa Petera Adamsa (tego jegomościa, który posiada zacny wkład w mistrzowskie tytuły Taia Woffindena).

Olsen… Człowiek zaczytujący się biografią wynalazców i ludzi, którzy odnieśli sukces w biznesie. Historia Henry’ego Forda rozpala wyobraźnię Ole do szaleństwa. „Człowiek żyje dokąd eksploruje. Uwielbiam być myśliwym, bo polowanie, a może bardziej wielogodzinne oczekiwanie w lesie o brzasku daje możliwość innych doznań niż walka na łokcie na torze. Przyroda jest wspaniała” – zachwyca się naturą Ole, który w latach 90-tych przyjeżdżał na polowanie na Ziemię Kłodzką…

Rodzice Ole: Henry i Gretha nigdy nie wywierali dzikiej presji, aby Ole został żużlowcem. Jego brat Soren spróbował puszczania klamki, ale zdecydowanie wolał pracować jako mechanik żużlowy. Alice i Bette – siostry Olsena – zawsze imponowały Olsenowi w wymiarze opiekuńczości i czułości oraz troski o rodzinę. Kenny – synek Alice – zawsze był zauroczony wyczynami wujka Ole na torze. Kiedy Kenny miał 2 i pół roku, jeździł po łóżku, stole i krześle dwoma modelami żużlowców. „Interesowały go tylko dwie figurki: wujka Ole i Ivana Maugera. Wyginał się, komentował, naśladował nasze sylwetki. To przepiękny widok. Dzieci są najcenniejszym darem. Pamiętam jak przeżywałem narodziny Jacoba i Torbena. Nic nie zastąpi czasu spędzonego z własnymi dziećmi. Nawet praca w motocyklowej federacji się chowa!” – kończy sarkastycznie Ole Olsen, wielki żużlowy mistrz…

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Tomasz Lorek: Ole Olsen - wizjoner, który nie bał się strzyc trawy

Tomasz Lorek: Ole Olsen - wizjoner, który nie bał się strzyc trawy

Tomasz Lorek: Ole Olsen - wizjoner, który nie bał się strzyc trawy

Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News

Obserwuj nas!
Artykuł załadowany: 1.799 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl