REKLAMAeWinner Banner

Rosyjski sukces na krzyżackiej ziemi

Artiom Łaguta

Artiom Łaguta (fot. Dominik Okręglicki)

Dwie rundy Grand Prix Polski w Toruniu zamknęły tegoroczną rywalizację o tytuł najlepszego żużlowca globu. Triumf Artema Łaguty w piątkowych zawodach wstępnie rozstrzygał kwestie medalowe, choć matematyczne szanse na trzecie złoto dla Bartosza Zmarzlika utrzymywały się do dnia następnego. W sobotę jednak, mimo słabszego początku, Rosjanin zapewnił sobie pierwsze w karierze indywidualne mistrzostwo świata. Trzeciego tytułu z rzędu dla Polaka nie było, a zamiast tego dostaliśmy dwie dość mocno odmienne pod względem wrażeń i widowiska rundy.

Przed ostatnimi rundami w Toruniu sytuacja między Zmarzlikiem i Łagutą przypomniała mi inne wielkie rywalizacje ze świata sportu. Pojedynki przy małej różnicy punktowej między pretendentami do tytułu bywały już w innych dyscyplinach. W samej Formule 1 dochodziło do takich sytuacji wielokrotnie. Michael Schumacher do finałowych rund walczył o tytuły z Damonem Hillem, Miką Hakkinenem oraz Kimim Raikkonenem. Lewis Hamilton również do ostatnich kółek w sezonie konkurował z Felipe Massą, wspomnianym już Raikkonenem, Sebastianem Vettelem i dwukrotnie z Nico Rosbergiem. Tylko dwa razy kończył te rywalizacje z tarczą. W skokach narciarskich przeżyliśmy słynną rywalizację Adama Małysza ze Svenem Hannavaldem. Mieliśmy też pościg Orła z Wisły za Andersem Jacobsenem, zakończony czwartą Kryształową Kulą dla Polaka. Wiele lat później trafił się sezon dwóch innych wielkich postaci - Kamila Stocha i Petera Prevca, który zwyciężył ten pierwszy. Minionej zimy to skoki pań i wyrównana walka między Niką Kriznar, Sarą Takanashi i ścigającą w Rosji obie skoczkinie Maritą Kramer przyniosła rozstrzygnięcie dopiero w ostatnim konkursie. Coś podobnego uświadczyliśmy w tegorocznym żużlowym sezonie, gdzie dwukrotnemu już mistrzowi świata, Bartkowi Zmarzlikowi rękawicę rzucił Artem Łaguta.

Mniej więcej 2/3 pojemności stadionu zapełniło się pierwszego dnia na toruńskiej Motoarenie. Trybuny zatem wyglądały podobnie jak na meczach ligowych. No, może nawet trochę lepiej. Lecz w porównaniu z poprzednimi latami i z dniem następnym wyglądało to zupełnie przeciętnie. Widowisko na torze postanowiło się do tej przeciętności również dostosować, a nawet pójść krok dalej. Tak dziwnie przygotowanej nawierzchni toruńskiego owalu nie widziałem jeszcze nigdy. Ja wiem, widowiska na Motoarenie w ostatnim czasie nie powalały. Jednakże to, czym uraczono nas w piątek było mało ekskluzywne. Zawodnicy więcej walczyli o utrzymanie na motocyklu, niż o pozycję na torze. Co wyścig kogoś szarpało, jak nie na szczycie pierwszego łuku, to na wyjściu z drugiego. A nawet na przeciwległej prostej w przypadku Karola Żupińskiego. Tor był też tak twardy, że mijanek niemal żadnych nie zobaczyliśmy. Niezbyt dobrze ułożyły się zawody Bartkowi Zmarzlikowi, który przekombinował z motocyklami i w półfinale pożegnał się z rywalizacją. Wtedy już było wstępnie jasne, kto przyklepie złoto następnego dnia.  Do tego jeszcze w fazie zasadniczej Zmarzlik niezbyt ładnie potraktował mijającego go na mecie Emila Sajfutdinowa i dużym zaskoczeniem był dla mnie brak wykluczenia dla Polaka. Choćby za samą wystawioną nogę, którą zablokował Rosjanina. Za podobny numer w wykonaniu Wiktora Lamparta polały się wiadra pomyj na głowę juniora Motoru Lublin. Podsumowując - runda do wywalenia na śmietnik.     

Druga, zamykająca cykl Grand Prix runda była już zdecydowanie bardziej ekskluzywna. Pełen po brzegi stadion śpiewający polski hymn to jedno z piękniejszych sportowych wrażeń, jakie można przeżyć. Duża liczba kibiców wierzyła, że Zmarzlik jeszcze odkręci niekorzystną sytuację i zdobędzie hattricka w mistrzowskich tytułach. Po pierwszych seriach rzeczywiście cud na Motoarenie był w pewnym momencie całkiem możliwy. Łaguta był jakby nieswój. Brakowało mu szybkości i pewności z piątku. Można było się zastanawiać, czy przypadkiem presja i wizja mistrzowskiego tytułu nie przytłoczyła mieszkańca sąsiedniej Bydgoszczy. W drugiej części fazy zasadniczej stanął jednak na nogi. Awans do półfinału i pokonanie w nim reprezentanta Polski zamknęło temat. Na trybunach zrobiło się trochę spokojniej, ale też nie było większej żałoby. Jednych satysfakcjonował srebrny medal dla Zmarzlika, inni cieszyli się sukcesem Łaguty. Wielu zdało sobie zapewne sprawę, że w tym roku na kozaka, jakim był Bartek, znalazł się jeszcze większy kozak. To był sezon dwójki terminatorów, którzy szli łeb w łeb, wymieniali się ciosami aż do końca.

Odnoszę wrażenie, że Artemowi mocno przysłużyła się przeprowadzka do Betard Sparty Wrocław. Z klubu przebywającego najczęściej w dolnej połowie tabeli trafił do znacznie silniejszej ekipy, gdzie nie jest jedyną znaczącą postacią do ciągnięcia wyniku. We Wrocławiu trafił na regularnie ścigających się w Grand Prix Woffindena i Janowskiego, którzy od lat stanowią o sile Spartan. Z drugiej linii wspierali młodzi i utalentowani Bewley i Czugunow, którzy od siebie dokładali punkty i zwykle nie trzeba było za nich nadganiać wyniku. Pozostałe dzięki temu siły i regularna jazda u boku świetnych zawodników przełożyła się na sezon życia w walce o indywidualne mistrzostwo świata. Budujące dla niego na pewno było również zdobycie Drużynowego Mistrzostwa Polski. Wcześniej przecież regularnie kończył sezon przed play-offami.

Cóż, patriotycznie czuję pewny niedosyt, że Zmarzlik nie zdobył trzeciego mistrzowskiego tytułu z rzędu. Była realna szansa na powtórzenie osiągnięcia Ivana Maugera. Dla dobra dyscypliny zwycięstwo Łaguty jest świetną informacją. Rokroczne triumfy reprezentanta Polski mogłyby w pewnym momencie znudzić fanów żużla, tak jak wieloletnia dominacja Lewisa Hamiltona znużyła wielu widzów Formuły 1. Takie przełamanie daje nadzieję, że żużel nie stanie się nudnym sportem jednego aktora. Że nie ma jednego dominatora, który zabije innym chęć zabawy. Że zawodnicy spoza Polski mogą z nadzieją na sukces ryzykować i rywalizować o najwyższe laury. A Bartosz Zmarzlik jest na takim etapie kariery, że zapewne w kolejnych latach niejeden tytuł zdobędzie i jeszcze będziemy się cieszyć jego sukcesami.

źródło: inf. własna

Oceń nasz felieton!
Strona główna / Felietony / Rosyjski sukces na krzyżackiej ziemi

Rosyjski sukces na krzyżackiej ziemi

Rosyjski sukces na krzyżackiej ziemi

Aby nie przegapić najciekawszych artykułów kliknij obserwuj speedwaynews.pl na Google News

Obserwuj nas!
Artykuł załadowany: 1.2704 sekundy

Rozliczenia transakcji kartą płatniczą i e-przelewem przeprowadzane są za pośrednictwem Dotpay.pl